Selma Meerbaum-Eisinger tłumaczył Martin Ryzinski
Zwiędłe liście
Nagle krok mój niesłyszalny,
tylko szumi cicho, cicho
jak piosenka pełna kiczu,
co ją nucę, pełną tonów łzawych.
Pod moimi zmęczonymi stopami,
gdy je wznoszę, jak we śnie
leżą martwe i ze łzami
liście z wielkich, wielkich drzew.
24.9.1939
Wiesz ty...
Wiesz ty, czy wiesz, jak kracze kruk
i przerażona bladość snu
nie wie już dokąd iść?
Jak zalękniona nie wie jak,
jej jest to świat - nie jej to świat,
czy wiatr ma jej, czy ona jego być
i czy nie wściekły z głodu wilk
już ją rozszarpać ma?
Wiesz ty, czy wiesz, jak wyje wiatr
i z przerażenia blady las
nie wie już dokąd iść?
Jak zalękniony nie wie jak,
jego to świat - nie jego świat,
czy jego panem noc, czy deszcz
i - czy nie, zęby szczerząc, śmierć -
najwyższym jego władcą jest?
Wiesz ty, czy wiesz, jak płacze deszcz
i z przerażenia blada w nim
nie wiem już dokąd iść?
Jak zalękniona nie wiem jak,
mój jest to świat - nie mój to świat
czy noc jest moja, czy też ja, ja mam być jej
i moich ust śmiertelna biel
nie tych jest, których płacz?
4.3.1941
Poemat
Drzewa zalane miękkim światłem,
na wietrze drżący lśni każdy liśc,
niebo jak jedwab błękitne i gładkie
jak kropla rosy w rannym wietrze lśni.
W lekkiej czerwieni jodła się zapali
w skłonie przed jego wysokością, wiatrem,
zza topól księżyc na dziecko patrzy,
które pozdrawia go uśmiechem z dali.
Krzewy na wietrze mają w sobie coś...
raz to ze srebra, to znów zieleń, blask,
to jak poświata z włosów światłoblond,
a potem jakby znów ich świeży kwiat.
Chciałabym żyć.
Patrz życie ma tyle barw,
tyle cudownych niespodzianek w nim,
tyle gorących śmieje się w nim warg
i swoją radośc zdradza nam.
Patrz, jak ulica, jak wznosi się
szeroka, jasna na mnie czeka
i tęskność płacząc gdzieś z daleka,
zawodząc płynie przez ciebie i mnie.
Wiatr szumi, woła poprzez las,
mówi mi, że to życie śpiewa,
powietrza chłód lekko owiewa,
daleka topól woła nas.
Chcę żyć, i chcę...
chcę śmiać się i wyrywać drzewa
i walczyć, miłość, nienawiść z całej siły
śpiewać
i rękami uścisnąć wielki kawał nieba,
chcę oddychać, być wolna i rozkrzyczeć się.
Nie chcę umierać. Nie!
Nie.
To życia czerwień.
Życie jest moje.
Moje i twoje.
Moje.
Dlaczego ten armat dźwięk?
Dlaczego umiera życie
za monet błyszczący brzęk?
Tam jest księżyc. Tam.
Blisko tak.
Tam.
Muszę czekać.
Na co?
Za stosem stos
umierają,
nigdy nie wstają,
na wieczną noc.
Pragnę żyć
bracie, i ty
oddechu mgły
z moich i twoich warg.
Życie jest pełne barw.
Chcesz mnie zabić?
Dlaczego?
Z tysiąca fletów
płacze las.
Księżyca srebrny błękit w obłoku
jak szarość topól,
i wiatr szarpie mną
i jasność drogi
to...
Przychodzą więc
i duszą mnie,
ciebie i mnie,
na śmierć.
W życia czerwieni
buzuje śmiech.
W jedną noc
nie ma
mnie.
Jednego cień drzewa
błądzi po księżycu.
Widać go ledwo.
Drzewo.
Jedno
drzewo.
Jedno życie
może stać się
cieniem na księżycu.
Jedno
życie.
Za stosem stos
umierają.
Nigdy nie wstają.
Na
wieczną
noc.
Tragizm
To, co najcięższe, sobą obdarować
i wiedząc o tym, niepotrzebną być
oddać się całkiem i być świadomą
że się jak dym rozpływa w nic.
23.12.1941
Dopisane czerwonym ołówkiem:
Nie miałam czasu dokończyć...
|