home
Powrót do publikacji   inne teksty Martina Ryzinskiego


Martin Ryzinski

Miasto, maszyna, dekadencja
Berlin. Od pruskiej prowincji do metropolii XX wieku


W roku 1871 po zakonczonej zwyciestwem Prus wojnie z Francuzami, król pruski Fryderyk Wilhelm Hochenzollern oglosil w Wersalu, w slynnej i pieknej Sali Zwierciadlanej powstanie Cesarstwa czyli II Rzeszy. Tak jak pierwsze Cesarstwo tak i II Rzesza przetrwac miala tysiac lat. Jej stolica zostal Berlin.
Berlin opisywaly dziesiatki pisarzy, dziennikarzy, poetów. Arthur Eloesser, zydowski krytyk teatralny byl jednym z najslynniejszych "piewców" tego miasta i rówiesnikiem cesarskiej stolicy. Kiedy na poczatku wojny francusko-pruskiej ujrzalem swiatlo dzienne, nowy Berlin zaczynal sie dopiero co wydzielac ze starego, przyszla metropolia szukala dla siebie nowego wygladu i uznania w swiecie, wyzwalala sie z dziedzictwa pruskiej stolicy i rezydencji, ale równiez z rezydencji i stolicy wolnej mysli i nauki, przez wrazliwe natury potepionej za swa szorstkosc, a przez wielkich europejskiego ducha gleboko szanowanej za swa rzeczowosc i meskie walory. ... w bezustannym naplywie nowej ludnosci, kiedy to zaczynalo sie zycie bez wspomnien, bez tradycji, bez zobowiazan wobec przeszlosci, z dnia na dzien, powstawal nowy Berlin jak gruboskórny mlody olbrzym, pelen wszelkiej obrzydliwosci zbyt szybkiego wzrastania, niepohamowany w swym poczuciu wlasnej wartosci, bez umiarkowania w pracy i wszelkich na oslep i lapczywie chwytanych uciechach.
(...) Berlin byl jednak coraz czesciej nawiedzany przez ludzi, którym nalezaloby nadac chwalebny tytul "dobrych Europejczyków". Nie znajdowali w naszym miescie nic pieknego ... ale znalezli potencjal intelektualny, nadzieje na przyszlosc, która dodala im sil, liberalny, pozbawiony przesadów humanizm, który przyjal ich jako druga ojczyzna mysli i czynu. Na poczatku byli to pisarze z germanskiej prowincji i Skandynawii, a Berlin wydawal sie wielkim dworcem przeladunkowym mysli europejskiej, albo co najmniej zasluzenie broniaca swej pozycji miedzykontynentalna stolica ducha, panujaca nad obszarami miedzy Wschodem i Zachodem, miedzy Slowianszczyzna i Romanszczyzna, wlaczajac w to cala germanska Pólnoc.
Jako stolica Cesarstwa zyje Berlin z szybkoscia taka, ze uprzednie dziesieciolecia wydaja sie naraz zwielokrotnione, i po gwaltownych, prawie wywrotowych przemianach czuje sie nieomal lek przed utrata swiadomosci poprzedniego czasu, jezeli sie go na biezaco nie bedzie utrwalac.

Artur Rubinstein przyjechal do Berlina na nauke muzyki w roku 1897. Mial dziesiec lat. Spedzil tu siedem lat, które w sposób istotny zawazyly na jego karierze jako pianisty. A mimo to nigdy nie polubil Berlina: Prusacy (a Berlin byl i c h stolica) ciagle jeszcze upojeni byli imponujacym zwyciestwem odniesionym nad Francuzami w 1870 roku. W wyniku tej wojny Królestwo Prus stalo sie hegemonem poteznego cesarstwa - budzacych groze Niemiec, które dzis znamy az za dobrze. Zniedoleznialy król pruski, Wilhelm, zostal pierwszym cesarzem Niemiec; stolica stal sie Berlin, pozostale suwerenne panstwa Rzeszy chcac nie chcac przeobrazily sie w zwyklych satelitów.

Theodor Fontane, byc moze najslynniejszy pisarz, który w swych póznych powiesciach przedstawial stolice Cesarstwa Pruskiego, w gruncie rzeczy tez za Berlinem nie przepadal. W liscie z 1890 roku siedemdziesiecioletni pisarz napisal: ...tak wiec Berlin, do którego zywie dosc umiarkowane uczucia i który w lecie staje sie dla mnie z uwagi na klimat zgroza, jest jednak w koncu najmilszym miejscem pobytu...

Ciekawa rzecz, ze Julian Falat, który w tym samym czasie (1886 - 1896) byl malarzem dworskim, w swych pamietnikach niewiele miejsca poswiecil Berlinowi, ale pisal o tym miescie w superlatywach : Dziesiec lat, w ciagu których nalezalem do mieszkanców Berlina, stanowily dla mnie pasmo swiatecznych dni. Majac protektora w osobie ksiecia Wilhelma - wkrótce potem cesarza - zyskalem moznosc brania udzialu w festynach, polowaniach, balach i obracania sie w najlepszych i najbogatszych sferach towarzyskich.

Artur Rubinstein: Z rozkazu kajzera armia stala sie najwyzsza kasta cesarstwa. W samym tylko Berlinie stacjonowalo piec czy szesc doborowych pulków gwardii; natykajac sie co krok na oficerów w pelnej gali mundurowej, wyraznie czulem ich bute. Kajzer utrzymywal nas, berlinczyków, w nieustajacym strachu. W Berlinie raz po raz przezywalismy parady wojskowe: dzien Sedanu, upamietniajacy te bitwe, stal sie najwazniejszym swietem panstwowym. Kajzer, w otoczeniu swych pieciu synów-dryblasów, maszerowal uroczyscie do Zeughausu , gdzie eksponowano trofea zdobyte w trakcie ostatnich wojen. (...) Interesujace bylo obserwowanie gwaltownego rozwoju Berlina: ze stolicy niewielkiego królestwa stawal sie swiatowa metropolia. Na przedluzeniu slawnej Unter den Linden, od Bramy Brandenburskiej przebito przez Tiergarten szeroka aleje, ciagnaca sie dalej az po peryferie miasta. Wokolo wyrastaly nowe domy, powstawaly nowe ulice. Charlottenburg, niegdys skromne przedmiescie, przeksztalcilo sie w wazny osrodek handlowy i artystyczny z teatrami, eleganckimi kawiarniami i restauracjami. Kurfürstendamm stala sie Polami Elizejskimi Berlina. Odnosilo sie wrazenie, ze z dnia na dzien liczba mieszkanców rosnie o cale tysiace.

Rzeczywiscie Berlin rozrastal sie szybko, w duzej mierze dzieki naplywowi robotników z ówczesnych prowincji panstwa pruskiego - Slaska, Pomorza, Wielkopolski. W latach 80 liczyl milion mieszkanców, w dziesiec lat pózniej juz póltora miliona. Byl trzecim miastem Europy po Londynie i Paryzu, zepchnal cesarski Wieden do rangi prowincji.

Okolo roku 1900 zycie artystyczne i kulturalne metropolii osiagnelo najwyzszy poziom. Mnóstwo bylo doskonalych teatrów; zarówno Opera, jak i specjalizujacy sie w dramacie klasycznym Königliches Schauspielhaus subwencjonowane byly z prywatnej szkatuly cesarza i przyciagaly znakomitych spiewaków i aktorów. Orkiestra operowa pod batuta Felixa Weingartnera dawala koncerty abonamentowe bedace clou sezonu. Ja jednak sercem bylem z Deutsches Theater, którego dyrektor, Otto Brahm, wystawial sztuki najwybitniejszego ówczesnego dramaturga niemieckiego, Gerharta Hauptmanna, a takze dawal doskonale spektakle sztuk Ibsena, Björnsona, Tolstoja oraz wielu innych, mniej znanych autorów. Uwielbialem wystepujacych tam aktorów i aktorki. Pamietam zwlaszcza Maxa Reinhardta, wówczas jeszcze aktora malo znanego; wkrótce mial on opuscic Deutsches Theater i stac sie jednym z geniuszów, którzy zrewolucjonizowali zycie teatralne. (...) Zaczelo sie od oryginalnego widowiska, bedacego czyms w rodzaju kabaretu literackiego, zwanego Schall und Rauch... Nowosc polegala na wprowadzeniu na widownie i posadzeniu w jednej z lóz zdegenerowanego arystokraty w monoklu...; jego idiotyczne uwagi na tematy aktualne byly ulubiona pozycja programu. ... Przedstawienie stalo sie gwozdziem sezonu... Byla to jednak - jak sie okazalo - tylko odskocznia dla wyobrazni i energii Reinhardta. Niebawem przeksztalcil swój kabaret w normalny teatr dramatyczny, a prezentowane tu kolejno sztuki przeszly do historii. Zapoznal Niemców ze Strindbergiem: Panna Julia i Szalem. Pózniej odkryl berlinczykom dziwnego mlodego dramaturga Franka Wedekinda... Najwiekszym powodzeniem cieszyl sie dramat Maksyma Gorkiego Na dnie...
Reinhardt po kolei obejmowal coraz wieksze i znaczniejsze teatry, az wreszcie wybudowal wlasny - Kammerspiele, zalozyl tez szkole - bodaj czy nie najslynniejsza, przynajmniej obok Stanislawskiego, szkole teatralna Europy.
Najbardziej ze wszystkiego fascynowalo mnie, rzecz jasna, muzyczne zycie Berlina. Stolica Niemiec szybko przeobrazala sie w najwiekszy na swiecie osrodek, do którego sciagali muzycy w poszukiwaniu slawy i uznania. Impresario Hermann Wolff sprowadzal do Berlina najwybitniejszych spiewaków, pianistów, skrzypków i wiolonczelistów. To wlasnie o n postawil na czele berlinskiej Orkiestry Symfonicznej najwiekszego ze wszystkich dyrygentów, Artura Nikischa! Jakiz cudowny, niezapomniany swiat muzyki stanal przede mna otworem!

Cesarstwo budowalo swoja stolice - jej gmachy, ulice i instytucje na miare swych ambicji hegemona Europy. Zalozony przez braci Humboldt Uniwersytet liczyl ponad 4 tysiace studentów, bylo i kilka innych szkól wyzszych, technicznych i wojskowych, powstal wielki kompleks muzealny na wyspie miedzy Szprewa i Kanalem Miedzianym. Przez miasto przebito ze Wschodu na Zachód szeroka arterie komunikacyjna. 53 mosty, 70 wielkich placów, 700 ulic o lacznej dlugosci 500 kilometrów. Juz w roku 1888 Berlin mógl sie poszczycic oswietleniem elektrycznym, w kilkadziesiat lat pózniej taka iloscia lamp i reklam swietlnych, ze zyskal miano "miasta swiatla".

Boleslaw Prus, który odwiedzil Belin w 1895 roku zapisal: Berlin jest niewatpliwie jednym z ognisk cywilizacji... Byl dla mnie osobiscie wspanialym i pouczajacym - wiezieniem. Jest to naród, w którym rozwinela sie mysl i wola ze szkoda dla uczucia.

Ani Falat, ani Rubinstein, ani tym bardziej bawiacy tu przejazdem Prus nie wlaczali sie w zycie berlinskiej bohemy, choc to wlasnie ona sprawila, ze Berlin z przelomu wieków jawi sie nam po dzis dzien jako centrum wielkich pradów artystycznych - secesji i modernizmu. Z tymi kregami artystów, glównie Niemców i Skandynawów, laczy sie jednak slynne polskie nazwisko - Przybyszewski i jego ukochana, a potem zona Dagny Juel. Oboje przebywali w Berlinie w latach 90 ubieglego stulecia. W roku 1898 opuscili Berlin na zawsze.
Ich zycie w tym miescie opisala wnikliwie biografka Dagny, Ewa K. Kossak.
Pózna jesien 1892 zastala Dagny w Berlinie. Powitalo ja ruchliwe mrowisko stolicy cesarskiej, olbrzym, jakiego dotad nie widziala. Mozna sie bylo wtopic w to miasto, zyc nie dostrzezonym i niezauwazalnym... Znalazla, ze to interesujace; bynajmniej jednak nie miala zamiaru tak przepasc bez sladu. Grono cyganerii bylo otoczeniem, w którym miala odegrac swoja role. Artystyczne kregi berlinskie, a zwlaszcza artystyczna awangarda niemiecko-skandynawska tworzyla komórki pozornie zawieszone w prózni, izolowane od innych komórek spolecznych i laczace w sobie tylko uprzywilejowanych artystów ducha.

Skandynawowie juz od kilkudziesieciu lat upodobali sobie Berlin. Jako jeden z pierwszych pojawil sie tu juz w pierwszej polowie XIX wieku Soren Kierkegaard, który uwazal Berlin, za miasto wprawdzie nudnawe i prowincjonalne, ale sprzyjajace spokojnej pracy intelektualnej. Dagny Juel weszla w swiat skandynawsko-niemieckiej bohemy dzieki Munchowi. Edward Munch, malarz, przyjaciel Dagny jeszcze z Norwegii przybyl do Berlina w roku 1892, gdy obiecano mu wystawe w Akademii. Wystawe niemal w ostatniej chwili odwolano - z uwagi na skandaliczna tematyke obrazów. Osobista kleska artysty stala sie poczatkiem rewolucji w sztuce niemieckiej. Czesc malarzy wystapila z Akademii i zalozyla wlasny salon sztuki nazwany secesja, doraznie zas zorganizowano Munchowi wystawe, która zreszta skonczyla sie fiaskiem - publicznosc podobno pokladala sie ze smiechu. Tak wiec Munch znalazl sie w Berlinie bez grosza przy duszy i z dlugami, gdyz na transport obrazów z Norwegii musial zaciagnac pozyczke. Glodowal.

Ale - jak pisze Ewa Kossak: Inni takze tutaj ponosili porazki, po których ciezko sie bylo dzwignac z kolan. A jednak dazyli do tego miasta jak do ozywczego zródla. Glodowali. Dokonywali niebywalych wysilków. Jesli odnosili sukcesy to wsród takich samych obdartusów i biedaków bez wytchnienia wytyczajacych nowe drogi w sztuce. Alfred Wysocki, który w tym czasie wielokrotnie przebywal w Berlinie, pisal, ze tu wszyscy nowatorzy mieli przed soba drzwi zamkniete. Krytyka o nich milczala, wydawca nie czytal nawet rekopisów, redakcje je zwracaly.

Slawa byla tylko slawa w kregach bohemy, a jej niekoronowanym wladca byl Strindberg, ten "syn poslugaczki" - jak sam o sobie pisal. Nekany procesami o obraze moralnosci i atmosfere skandalu z powodu smialych dziel, musial opuscic Szwecje. Byl nieufny i podejrzliwy, nie mial grosza przy duszy, juz dawala o sobie znac choroba psychiczna, która w pare lat pózniej miala go powalic. Tak zjawil sie w Berlinie w roku 1892 - w podniszczonym ubraniu, z legendarnym zielonym workiem, sezamem jego duchowych bogactw.
Spotykali sie wszyscy w "Czarnym prosiaku", knajpie na rogu Wilhelmstrasse i Unter den Linden, gdzie ponoc przy prostym stole, wsród poczernialych od starosci sztychów siadywal tez E.T.A. Hoffmann. Nazwe nadal lokalowi sam Strindberg, juz gdzies w listopadzie 1892 roku. Zwabilo go jasne okno, oswietlajace stojaca przy wejsciu barylke ostryg. Na mokrym chodniku scielila sie czarna sylweta wiszacego u wejscia, sciemnialego ze starosci baraniego zezwloku bez glowy, do zludzenia przypominajaca prosie. Juz potem nikt nie pamietal nazwy lokalu. "Oto Czarny Prosiak przyniesie nam szczescie!" - zawyrokowal Strindberg (po niemiecku "miec swinie" oznacza fart). Tu, przy tzw. skandynawskim stole, uplywaly im godziny nocy na piciu i dyskusjach. Strindberg spiewal i gral na gitarze, Przybyszewski, bez wiekszego talentu, ale porywajaco gral Chopina i czytal fragmenty swej rozprawy o Nietzschem , która miala mu zapewnic trwale miejsce w kregach literatury niemieckiej. Ryszard Dehmel i Holger Drachmann recytowali wiersze. Wysocki zauwazyl jednak, ze zazwyczaj wszyscy w ponurym milczeniu saczyli alkohol.
Zgromadzenia, które tutaj mialy swoje miejsce"- pisze Kossak - "cechowalo cos z areopagów atenskiej rzeczypospolitej ducha, nie dopuszczajacej kobiet. Jesli jakas sie pojawila - natychmiast powstawaly spiecia, zwiastujace nadchodzaca nawalnice. Zebrani w "Prosiaku" mezczyzni zdzierali maski filozoficznego spokoju, by stanac w szranki o kobiete. Tak tez sie stalo, gdy Munch przyprowadzil Dagny, która spowodowala tam taki zamet uczuciowy, ze "szlachetne meskie grono" juz sie z niego nie otrzasnelo. Gdy w koncu Dagny, sklóciwszy tych mezczyzn, zwiazala sie z Przybyszewskim, by po roku wyjsc za niego za maz, Strindberg nigdy jej tego nie przebaczyl. Do konca zycia zial nienawiscia i do niej i do jej meza.

W "Prosiaku" spotykali sie nie tylko twórcy, zachodzili tu tez przedstawiciele zamoznego swiata, lekarze, dyplomaci, prawnicy. Bez ich pozyczek, datków, fundowanych obiadów zaden z artystów nie przezylby zapewne tych berlinskich lat. I tak zycie w Berlinie bylo straszne. Gdy Dagny opuszczala Berlin, napisala, ze bylo to "miejsce przeklete". I bylo tak rzeczywiscie, przynajmniej dla Przybyszewskich. W 1896 popelnila samobójstwo Marta Foerder, wieloletnia kochanka Przybyszewskiego, matka jego trojga nieslubnych dzieci. Przybyszewski osadzony zostal w wiezieniu w Moabicie (nota bene nie byl jedynym polskim pisarzem, który tu "goscil" - za szpiegostwo wieziono tu najpierw Norwida, a potem Kraszewskiego). Zwolniono go wprawdzie z braku dowodów winy, ale jego zycie stalo sie pieklem samotnosci i wyrzutów sumienia. Tragizm moderny, ubrany w niezwykle slowa ból metafizyczny, cala ta nierealna aura zycia cyganerii nie ostala sie pod naciskiem tragicznej rzeczywistosci.

Obok bohemy kwitlo jednak w Berlinie i "bardziej normalne" zycie artystyczne. Heinz Ullstein, ze slynnej zydowskiej rodziny wydawców, aktor w finansowanym przez cesasrza "Schauspielhaus" na Gendarmenmarkt tak opisuje Berlin przelomu wieków i cesarza:
...Jego Wysokosc Wilhelm II... kochany i uwielbiany przez wszystkich ...nieprzecietna osobowosc... Próby zatuszowania ciezkich kompleksów nizszosci przez przesadnie napuszone zachowanie i czesto tryumfowanie na absolutnie niewlasciwym miejscu, naleza do skrzywien charakteru narodu niemieckiego, który to Wilhelm w ten sposób reprezentowal. W koncu naród niemiecki stal sie pózno. Pod rzadami Wilhelma wybil sie w nieslychany sposób. Zarówno naród jak i on sam mogli z zasluzona duma spogladac na ten szybki sukces. Ani naród ani on sam nie byli wolni od cech parweniuszowskich, znamiennych dla tych, którzy przezyli zbyt szybki awans. (...)
Wyobrazmy sobie Berlin i Unter den Linden wiosna okolo roku 1908. Chodniki pelne sa eleganckich pan i panów. Atmosfera bogactwa i dobrobytu. Powiew wielkiego swiata... Wydaje sie, jakby wszyscy mieli duzo czasu. I maja go rzeczywiscie. Obrazu dopelniaja oficerowie w eleganckich mundurach. Tlumy przyjezdnych wychodza z wielkich hoteli. Wszystko przesciga sie w elegancji. Kazdy próbuje pokazac innym, ze jest lepszy.Piszac o Berlinczykach z lat swej mlodosci (Ullstein urodzil sie w roku 1893) uzywa Ullstein charakterystycznych okreslen: nouveau riche, jeunesse dorée, parvenue. Przedstawienia w Linden-Kabarett rozpoczynaly sie o dwunastej w nocy, przed dosc znudzona i ogólnie porzadnie zblazowana publicznoscia... Dzis powiedzielibysmy: dekadencja - to zreszta wyraz, który nieodmiennie kojarzy sie z Berlinem przelomu wieków i lat '20 naszego stulecia.
Cezura w zyciu Berlina stala sie wojna. Wtedy to zreszta berlinczycy przestali miec czas. Siegnijmy jeszcze raz do wspomnien Eloessera
Rok 1919. Wojna, zwiazany z nia wstrzas i nastepujacy po niej czas nedzy zniweczyly wiele nadziei. Równiez i te, które nic nie mialy wspólnego z pozycja polityczna i militarna Cesarstwa wilhelminskiego? Sa dzis tacy, którzy dla Berlina nie moga dojrzec innego poslania, jak tylko role wielkiego skladowiska, stacji przeladunkowej albo hali maszyn na potrzeby tych galezi przemyslu, na które nasi wrogowie nam jeszcze mieliby pozwolic. Ciagle jeszcze nie metropolia, nawet nie stolica zdecentralizowanej Rzeszy, byc moze nawet nie centrum administracji pruskiej. (...)

Berlin stoi teraz przed nielatwym zadaniem, stania sie wzorowym spoleczenstwem demokratycznym, po okresie kiedy to w niezbyt zreszta chlubnej historii okazywal sie nader lojalnie sluzalczy wobec swych wladców, ale wierze w jego poslannictwo, jego charakter, który jeszcze moze wyksztalcic sie, pomimo lekkomyslnosci i bezmyslnosci... W sprawach Ducha nie chcemy abdykowac." Eloesser ufal, ze "wlasnie w tych ciezkich czasach miasto wzniesie sie do wyzyn wielkosci duchowej i nowych sil psychicznych niezbednych do tworzenia. Poniekad sie to udalo. Berlin lat 20 jest po dzis dzien symbolem wolnosci duchowej. Jedyny to czas, gdy Berlin rzeczywiscie zasluzyl sobie na miano Weltstadt - metropolia o swiatowej, no, europejskiej randze, porównywalna, a moze nawet w niektórych aspektach, lepsza niz Londyn, Paryz i Rzym.
Chociaz...
Kurt Tucholsky napisal w felietonie Berlin! Berlin!: Nad tym miastem nie ma w ogóle nieba, czy kiedykolwiek swieci tu slonce, jest to co najmniej watpliwe, w kazdym razie widac je tylko wtedy, kiedy w momencie przechodzenia przez jezdnie oslepiajaco swieci w oczy.
Na temat pogody slychac wprawdzie tylko przeklenstwa, ale w Berlinie pogody w ogóle nie ma. Berlinczyk nigdy nie ma czasu. Berlinczyk pochodzi przewaznie z Poznania albo z Wroclawia i nie ma czasu. Zawsze cos ma w planie, telefonuje, umawia sie, przychodzi wprawdzie, ale zagoniony i z lekka spóznony - za duzo ma do roboty.
W tym miescie nikt nie pracuje, tutaj sie tyra. (Równiez i przyjemnosc jest tutaj praca, przed która trzeba porzadnie splunac w dlonie i z której trzeba cos miec.)
Berlinczyk nie jest pracowity, Berlinczyk jest stale nakrecony.
Berlinczyk niewiele ma z zycia, chyba, ze zarabia pienadze. Berlinczyk jest niewolnikiem wlasnego aparatu. Jest pasazerem, widzem teatralnym, konsumentem w restauracji i pracownikiem. Czlowiekiem nieco mniej. Aparat szarpie i targa koncówki jego nerwów, a on poddaje sie temu bez najmniejszych oporów. Robi wszystko, czego miasto od niego wymaga, z wyjatkiem, niestety... zycia.
Berlinczycy sa sobie wrogami na smierc i zycie... warcza na siebie na ulicy i w tramwaju, w koncu niewiele maja ze soba wspólnego. Nie chca o sobie nawzajem nic wiedziec i kazdy zyje sobie sam dla siebie. Berlin laczy w sobie wady amerykanskiej metropolii z wadami miasteczka na prowincji w Niemczech. O jego zaletach mozna poczytac w bedekerze.


Elias Canetti przebywal w Berlinie latem 1928 roku i potem, choc krócej, w rok pózniej. Rozdzial o Berlinie zatytulowal charakterystycznie - Natlok imion. Miasto, które poczatkowo wydalo mu sie niezwykle i fascynujace, napawalo go lekiem i niesmakiem. Wiecej niz wszyscy poeci znaczyl dla mnie George Grosz. Nadzieja, ze go zobacze, zadecydowala. Pietnastego lipca 1928 roku, gdy tylko semestr sie skonczyl, pojechalem na lato do Berlina. (...) Dlaczego tak wiele oczekiwalem od Grosza? Co dla mnie znaczyl?... szukalem i odnajdywalem w rzeczywistosci jego postaci. Byl silny i opalony, ssal fajke. Robil wrazenie mlodego kapitana, nie Anglika, raczej Amerykanina, duzo mówil. Zapytal mnie, czy znam teczke Ecce homo, odparlem, ze nie, byla zabroniona... Legla ona miedzy mna a Berlinem i zabarwiala wiekszosc rzeczy, a szczególnie wszystko, co widywalem noca. Moje zainteresowanie wolnoscia w sprawach seksualnych wciaz jeszcze nie bylo duze. Teraz zostalem w nie wtracony poprzez te nieslychanie ostre i bezlitosne wizerunki; uwazalem je za prawdziwe, nie przyszloby mi na mysl, by w nie watpic, i tak jak niektóre krajobrazy widzi sie tylko oczami pewnych malarzy, tak ja widzialem Berlin oczami Georga Grosza. Teczka ta byla zabroniona jako nieprzyzwoita. Nie da sie zaprzeczyc, ze niektóre rysunki mogly sie takimi wydawac. Przyjmowalem to wszystko z dziwna mieszanina przerazenia i akceptacji. Mozna bylo zobaczyc ohydne kreatury berlinskiego nocnego zycia, ale byly tam dlatego, myslalem, poniewaz odczuwano je jako ohydne. Odraze, z jaka je ogladalem, uwazalem za odraze artysty. W kilka tygodni pózniej mlody Canetti przezyje szok, przekonawszy sie, ze to co bral za odraze artysty, bylo autoportretem, okrutnym wprawdzie i bezlitosnym, ale stawiajacym twórce na równym poziomie z odrazajacymi figurami jego berlinskiego kosmosu.
W Berlinie Canetti zamieszkal u wydawcy Wielanda Herzfelde, zalozyciela wydawnictwa "Malik", którego slynna w kregach bohemy, egzotyczna nazwe wymyslila zaprzyjazniona z Wielandem poetka Else Lasker-Schüler.
Znalazlem sie wiec w Berlinie, nie potrzebowalem przejsc nawet dziesieciu kroków, by spotkac kogos slawnego. Wieland znal wszystkich i z kazdym mnie zaraz zapoznawal. Bylem tu nikim i dobrze sobie z tego zdawalem sprawe, mialem 23 lata i skladalem sie z samej ufnosci. Ale zdumiewajace bylo, jak tu czlowieka traktowano: nie lekcewazaco, lecz z ciekawoscia, i rzecz szczególna - bez potepienia. Nieustanne zetkniecia wszelkiego rodzaju staly sie wlasciwa trescia zycia , bezbronny, na kilka tygodni zostalem wydany na lup grzesznego Babilonu. (...) Zaprowadzono mnie w poludnie do Schlichtera, restauracji, w której spotykal sie intelektualny Berlin. Przychodzilo tam szczególnie wielu aktorów, pokazywano mi tego i owego, rozpoznawalo sie ich natychmiast, dzieki magazynom ilustrowanym stali sie czastka zycia publicznego. Byl to barwny obraz, ale nie tak jak scena.
Tempo zycia, natlok wrazen i twarzy, pieniadze. Mlodego Canettiego odrzucalo wszystko. ...Róznorodnosc ludzi niepokoila mnie. Miotali sie na wszelkie sposoby, by sie nawzajem porozumiec. Ale nie rozumieli sie. Kazdy zyl sam dla siebie, a choc wbrew wszystkim zludzeniom pozostawal samotny, niezmordowanie miotal sie dalej... Berlin niszczy ludzi: kto nie umie przyjac odpowiedniej postawy, ginie. Trzeba powsciagac swoja ciekawosc i ulegac jej tylko wtedy, gdy jest to potrzebne do wlasnej pracy. ... Panowala tam wielka wrzawa, w kazdej chwili posrodku tego zgielku i tloku czlowiek zdawal sobie sprawe, iz sa tu rzeczy godne zobaczenia i uslyszenia. Wszystko tez bylo dozwolone, zakazy, których nigdzie, a juz zwlaszcza w Niemczech nie brakowalo, tu usychaly. W tej atmosferze bylo cos ostrego, zracego, cos, co czlowieka pobudzalo i ozywialo. Próbowalo sie wszystkiego, nie cofalo przed niczym. To okropne wspólistnienie i przemieszanie, bijace z rysunków Grosza, nie bylo wcale przesadzone, lecz naturalne, jakas nowa natura, która stawala sie niezbedna (...) Zwierzecosc i intelekt, obnazone i spotegowane do maksimum, przescigaly sie nazajem... Kto rozbudzil w sobie wlasna zwierzecosc, zanim zu jeszcze przybyl, musial ja teraz pobudzac do najwyzszych lotów, aby bronic sie przed zwierzecoscia innych, a jesli okazal sie zbyt slaby, szybko sie zuzywal. Kto jednak kierowal sie intelektem i w niklym tylko stopniu poddawal sie swojej zwierzecej naturze, ten musial ulec bogactwu tego, co oferowano jego umyslowi. W calej swojej wielostronnosci i sprzecznosci, w calej bezwzglednosci uderzalo to w czlowieka, nie zostawiajac mu czasu na zrozumienie, otrzymywal tylko ciosy. Kazdy kto cos znaczyl, a wielu tam cos znaczylo, nacieral na innych. Byc moze nikt nie zadawal sobie trudu, aby spytac, co z tego wyniknie. W kazdym razie nie wynikalo z tego przejrzyste zycie, ale tez nie o nie tutaj chodzilo, efektem tego byly ksiazki, obrazy, sztuki teatralne skierowane przeciwko sobie nawzajem i we wszelkich mozliwych kierunkach. Wielkosciami Berlina byli Alfred Döblin i Gottfried Benn, dwaj piszacy lekarze. Canetti nie znal ich, choc obu czasem spotykal. Nie nalezeli do ludzi pospolitych. Ich praca nie pozwalala im sie podporzadkowac rutynie nieustannej autoprezentacji. ...rzucal sie w oczy sposób, w jakich o nich mówiono. Brecht, który nikogo nie uznawal, wymienial nazwisko Döblina z najwyzszym szacunkiem.

Alfred Döblin, autor slynnej powiesci Berlin, Alexanderplatz jest niewatpliwie prawdziwym "piewca Berlina", o ile mozna tak powiedziec o pisarzu, który podobnie jak Grosz, widzial stolice Niemiec jako panopticum - straszliwy poprzecinany liniami tramwajowymi labirynt ulic, pelen ludzi, którym zycie nie ma nic do zaoferowania oprócz kleski.
Tlum, co za tlum. Jak sie to rusza! ... Sklepy z obuwiem, sklepy z kapeluszami, zarówki, knajpy. Ludzie musza przecie miec buty, kiedy sie tyle uganiaja... Setki blyszczacych szyb, a niech sobie blyszcza, przeciez cie nie strasza, móglbys je rozbic w drobny mak, wielkie rzeczy, po prostu je wyczyscili... Na wystawach stoja figury w ubraniach, plaszczach, w spodniach, ponczochach i bucikach. Na zewnatrz poruszaja sie wszyscy - a w srodku - nic! Oni nie zyja! Maja wesole twarze, smieja sie, po dwoje, po troje czekaja na wysepce na przeciw Aschingera, pala papierosy, wertuja gazety. Stoja jak latarnie - i robia sie coraz bardziej sztywni. Zlewaja sie w jedno z domami, wszystko staje sie biale, drewniane.
Wozy nadal pedza i dzwonia, jeden front kamienic biegnie nieprzerwanie za drugim. A na domach sa dachy, kolysza sie nad domami... zeby sie tylko te dachy nie obsunely! ale nie, domy stoja prosto.


Powiesc Berlin, Alexanderplatz opisuje zycie miasta w latach 1928-29, a wiec dokladnie w czasie, gdy przebywal tu Canetti. Canetti jednak, mimo iz od czasu do czasu udawal sie z Izaakiem Bablem do slynnej robotniczej knajpy Aschingera na grochówke z bulkami i piwem, obracal sie jednak przede wszystkim w kregu artystów, nawet jesli traktowal ich krytycznie.
Canetti opisuje berlinskie zycie snobistycznych artystów: ...u Schwaneckego, w restauracji, która wydawala mi sie luksusowa, byc moze dlatego, ze przychodzili tam wszyscy dopiero po spektaklu; klebilo sie wprost od slawnych ludzi teatru. Ledwie sie zauwazylo jednego, juz pojawial sie nastepny, który uchodzil za jeszcze bardziej godnego uwagi; bylo ich w tym okresie swietnosci teatru tak wielu, ze wkrótce przestawalo sie ich rozrózniac. Ale przychodzili równiez pisarze, malarze i mecenasi sztuki, krytycy i uznani dziennikarze... utracjusze... Nie chodzilo wylacznie o rozrzutnosc panujaca w tych wytwornych lokalach... odpychala pawia próznosc artystów. Kazdy chcial wszystkich zadziwic, zakasowac, powietrze doslownie gestnialo od egocentrycznego nadecia. (...) Bardzo wazne bylo, by wciaz sie pokazywac w ciagu dni, tygodni, miesiecy. Bywanie w kawiarni Romanskiej (a od wielkiego dzwonu - u Schlichtera i Schwaneckego), co bez watpienia bylo takze przyjemnoscia, nie sluzylo tylko temu celowi. Wynikalo to równiez z koniecznosci zamanifestowania sie, od której nikt sie nie uchylal. Kto nie chcial byc zapomniany, musial sie pokazywac.

W tych samych latach co Canetti, jednakze znacznie dluzej (1920-33) mieszkal w Berlinie Joseph Roth, który tu m.in. napisal swa najslynniejsza ksiazke, rozliczenie z historia Niemiec - "Marsz Radetzky'ego". Równiez Roth pisal, zreszta w tym samym roku, o obowiazkowym bywaniu w berlinskich lokalach: Plotkuje sie u Schwanneckego. To taki lokal berlinskich artystów i literatów, gdzie o pólnocy mozna znalezc wszystkich tych, którzy wieczorem jeszcze zapewniali, ze z zasady juz tam nie chodza, malo tego, od lat juz tam nie byli; jest miejscem spotkan pewnego rodzaju bohemy, która sie wybila, i której bez najmniejszych watpliwosci udziela sie kredytu. Zaden z nich nie widzialby koniecznosci isc spac pózniej niz nakazywalby mu to jego arystokratyczny instynkt. Równiez kazdy z nich postanawia co noc unikac tego miejsca nastepnego dnia. Ale lek, ze znajomi, którzy go oczekuja, aby rozmawiac z nim o czyms dobrym, mogliby, gdyby nie przyszedl, mówic o nim zle, popycha go do pokazania sie dzielnie tam, gdzie byc moze byloby odwaznie byc nieobecnym.
Równiez i nieprzyjaznie miewaja u Schwanneckego nieoczekiwane skutki... nigdy nie mozna przewidziec z jaka szybkoscia autor felietonu jest w stanie prastara, od wielu juz tygodni trwajaca wrogosc w stosunku do któregos z pisarzy pogrzebac nagle w dlugim, niekonczacym sie peanie pochwalnym... i ze wspólne zainteresowania najnowszym modelem eleganckiego automobilu sportowego potrafia polaczyc niegdysiejszych wrogów. Od niejakiego czasu bowiem obowiazek tempa, w jakim dokonuja sie wszelkie nowo-, prze- i odbudowy na Kurfürstendamm i w calym kraju ogarnal juz nawet slugi Ducha, jak równiez ich sluzacych i wszyscy sa w stanie pozostawic swój swiatopoglad w tyle za jazda z szybkoscia 8 kilometrów na godzine.


Podobnie surrealistycznie pisze Kafka: Mieszkam w Berlinie w jakims pensjonacie, w którym najwyrazniej mieszkaja sami mlodzi Zydzi z Polski. Malutkie pokoiki... Jeden z nich pisze bez przerwy na malej maszynie do pisania, prawie nie odwraca glowy, kiedy ktos sie do niego zwraca. Znikad planu Berlina. Ciagle widze w reku któregos z nich jakas ksiazke, która wyglada jak plan. Coraz to okazuje sie, ze zawiera ona cos zupelnie innego: spis szkól miasta Berlina, statystyki podatkowe lub cos w tym rodzaju. Nie chce mi sie w to wierzyc, ale udowadniaja mi to coraz to z usmiechem bez najmniejszych watpliwosci.
Takze w "Kawiarni Romanskiej" bywali doslownie wszyscy. Iwona Mickiewicz, przygotowujac materialy o berlinskiej poetce Maschy Kaléko, rozmawiala o tym z Sybilla Rosenbaum, w latach 30 poczatkujaca dziennikarka radiowa: Tzw. Romanski Dom znajdowal sie tam, gdzie dzis stoi Europa-Center. Byla to wielka budowla w stylu romanskim, typowy budynek z konca XIX wieku. Ta zaokraglona budowla ciagnela sie od ulicy Budapesztanskiej, frontonem w strone Gedächtniskirche. Kawiarnia miala z przodu taras. Naturalnie, kiedy w roku 1935 przyjechalam do Berlina, to juz sie przedtem naczytalam o Romanskiej Kawiarni. Kto tam nie bywal. Else Lasker-Schüler, Klabund, Ringelnatz, Tucholsky, Kästner, Walter Mehring, wspólzalozyciel berlinskiej grupy Da-Da, Mascha Kaléko, i wielu, wielu innych, malarze, muzycy, aktorzy, dziennikarze. Romanski Dom to bylo rzeczywiste miejsce spotkan intelektualistów owych czasów. Ale kiedy pierwszy raz tam poszlam, to tych najciekawszych i najwazniejszych gosci juz nie bylo. A ci, którzy jeszcze byli, byli mi nieznani. Nie bylo to wiec tak zywe wrazenie, jakie byloby jeszcze ze trzy lata wczesniej. I jak mi to Mascha Kaléko opisywala. Mascha Kaléko i Walter Mehring spotkali sie tej nocy, gdy Reichstag plonal. Przypadkowo. Nie wiem juz kto komu powiedzial, ze teraz najwyzszy czas uciekac z Berlina.

Mascha Kaléko rzeczywiscie uciekla, spedzila wojne w USA, zyla potem w Izraelu, USA i Szwajcarii. W roku 1956 przyjechala do Berlina w odwiedziny. Sybille Rosenbaum wspomina: Berlin zawsze ja tak serdecznie wital, co uwazam zreszta za bardzo naturalne, bo jej wiersze sa czescia Berlina, oddaja atmosfere tego miasta. Mascha zostala tu nadspodziewanie mile przyjeta. Nie liczyla sie chyba z takim zainteresowaniem. Radowalo ja to i chyba uskrzydlalo. Stad wlasnie jej powroty do Berlina. Zastanawiala sie nawet, czy by nie wrócic do Berlina, kiedy zycie w Izraelu przestalo im odpowiadac, zwlaszcza po smierci syna... Na poczatku Berlin wydawal sie jej nieco obcy. Bylo jeszcze wiele sladów po bombach, ulice byly zniszczone, prawie wszystkie wielkie budowle z poczatku tego wieku byly zbombardowane. W latach 50 w Berlinie wygladalo jeszcze jak na Dzikim Zachodzie, ze wszystkimi mozliwymi prowizorkami. Ale Mascha twierdzila, ze zawsze kiedy odwiedzala jakis dom, w którym mieszkala, a wiele miala tych mieszkan, to bylo tam nagle jakies przejscie przez budynek, albo portal, albo na zapleczu podwórze z drzewami i wtedy wszystko wracalo na swoje miejsce. Tak samo, gdy spotykala ludzi, których przedtem znala. I wtedy nagle znów powstawalo to cos berlinsko-wspólnego.

A sama Mascha mówi podczas wykladu: Dwadziescia lat minelo, wszyscy wiemy, w tym czasie zdarzylo sie wiecej niz bywa to w spokojniejszych stuleciach przez 200 lat. Dlatego tez i slynne lata 30te odsunely sie w tak daleka przeszlosc. Wiele z tego, co dla nas, mlodych z roku 1930 bylo najdzisiejsza terazniejszoscia, wydaje sie mlodziezy z roku 1956 bajeczna przeszloscia, niejako otoczona nimbem chwaly... to byly czasy niezle nacechowane niepokojem ducha, szczególnie, jesli bylo sie wtedy mlodym i naiwnie i spontanicznie wskakiwalo w wir zycia literackiego Berlina okolo roku 1930. Któz z nas mógl wtedy przypuszczac, ze tych kilka swietlistych lat przed wielka ciemnoscia, a juz po nedznych latach 20 tych awansuje kiedys do rangi czegos w rodzaju zlotej epoki... Czesto podziwia se je jak jakiegos stwora z bajki, z owej legendarnej Vinety literatury i sztuki, która nazywala sie Berlin.
Pierwszy tom wierszy Maschy Kaléko ukazal sie w roku 1933, gdy wszystko juz wskazywalo na to, co mialo nadejsc. Tom zostal rozkupiony, Rowohlt opublikowal II wydanie w roku 1935, a na to trzeba juz bylo duzej odwagi, Mascha byla Zydówka, jej wiersze splonely na stosach zapalonych na placu Operowym (Opernplatz) 11 maja 1933 roku.

Nie tylko kawiarnia Romanska opustoszala. Wyjechalo wielu twórców. Kryzys gospodarczy poprzedzil kryzys polityczny. Skonczyly sie czasy wspanialego Berlina, a moze ich w ogóle nie bylo, skoro Alfred Döblin w Alexanderplatz wcale ich nie zauwaza. Jego Berlin jest szary, pelen szarych bezmyslnych ludzi zlapanych w kleszcze polityki i historii.
Po roku 1918 spedzilem cztery lata w Berlinie. Cala wojna nie trwala przeciez dluzej, prawda?... Mielismy inflacje, papierki zamiast pieniedzy, miliony, biliony, nie mielismy miesa ani masla, gorzej jak przedtem... Niczego nie bylo, bo i skad? Walesalismy sie tylko i wykradali chlopom ziemniaki. Rewolucja? Odkrec drag od sztandaru, bracie, zawin plachte w cerate i schowaj ja do szafy. Niech matka przyniesie ci kapcie i zdejm, bratku, czerwony krawat. Tylko geba robicie zawsze rewolucje, a wasza republika to po prostu lipa.
(...) Na prawo i lewo sa ulice. Przy ulicach stoi dom kolo domu. Od piwnic po strychy sa one pelne ludzi. Na dole znajduja sie sklepy. Bary, restauracje, sklepy z owocami i warzywami, towary kolonialne i delikatesy, przedsiebiorstwo transportowe, malarstwo dekoracyjne, pracownia konfekcji damskiej, przetwory maczne i mlynarskie, garaz, towarzystwa przeciwpozarowe: zaleta malej gasnicy motorowej jest prosta konstrukcja, latwa obluga, nieduzy ciezar, nieduza objetosc. - Bracia Niemcy! Zaden lud nie zostal jeszcze tak haniebnie wprowadzony w blad, zaden naród nie zostal tak niesprawiedliwie i bezwstynie oszukany jak naród niemiecki. Czy pamietacie jeszcze, 9 listopada 1918 Scheidemann z okna Reichstagu obiecywal nam pokój, wolnosc i chleb? I jak dotrzymal tej obietnicy! Artykuly kanalizacyjne, towarzystwo mycia okien, sen jest lekarstwem: cudowne lózko Steinera. - Ksiegarnia, Biblioteka Czlowieka Wspólczesnego, nasze zbiorowe wydania przodujacych poetów i myslicieli... Sa to wielcy reprezentanci zycia umyslowego Europy.


Taki jest Berlin, w którym Franek sprzedaje teraz gazety narodowe. Franek nie ma nic przeciwko Zydom, ale jest zwolennikiem porzadku. Bo w raju musi byc porzadek, to jasne. I widzial chlopaków ze Stahlhelmu, widzial ich przywódców, to jest juz cos konkretnego. Franek stoi przy wyjsciu z kolei podziemnej na Potsdamerplatz, na Friedrichstrasse, przed stacja Aleksanderplatz. ... Narodowi niemieckiemu na pierwsza niedziele adwentu: Zdruzgoczcie wreszcie wasze miraze i ukarzcie szarlatanów, którzy karmia was zludzeniami. Nadejdzie dzien, kiedy na polu walki ukaze sie prawda niosac orez prawa i lsniaca tarcze, aby pokonac wroga.

"Kabaret" slynny film Boba Fosse'a z Michelem Yorckiem i Liza Minelli w rolach glównych, nakrecony na podstawie powiesci Christophera Isherwooda "Pozegnanie z Berlinem" daje dosc podobny obraz Berlina lat 30. Artysci, kabarety, bohema, a obok przerazliwe miasto i jego przerazliwa, zimna polityka. Zima 1932-33. Dzis wieczór, po raz pierwszy tej zimy, jest bardzo mrozno. Gluchy ziab trzyma w uscisku miasto, wypelnione nieruchoma cisza... Berlin to kosciec, który na zimnie boli; to mój wlasny bolacy kosciec. Czuje w kosciach przenikliwy ból mrozu w dzwigarach kolei zelaznej, w zelaznych balustradach balkonów, w mostach, w przewodach linii tramwajowych, w slupach latarnianych i szaletach. Zelazo drzy i kurczy sie, kamien i cegly sprawiaja tepy ból, tynk kostnieje.
(...) Co wieczór siaduje w ogromnej, pustawej kawiarni artystów nieopodal Gedächtnis Kirche, w której Zydzi i lewicujacy intelektualisci pochylaja ku sobie glowy nad marmurowymi stolikami, rozmawiajac przyciszonymi, zaleknionymi glosami. Wielu z nich wie, ze niechybnie zostana aresztowani - jesli nie dzis, to jutro lub za tydzien. Sa wiec dla siebie uprzejmi, dobrotliwi, uchylaja przed soba kapeluszy i dopytuja o rodziny. O wieloletnich, notorycznych sprzeczkach literackich zapomniano.
Prawie co wieczór takze odwiedzaja kawiarnie ci z S.A. Czasem przychodza tylko po kwescie, a wtedy kazdy jest zmuszony cos im dac. Niekiedy przychodza kogos aresztowac. Któregos razu pewien pisarz zydowski, który tam przebywal, pobiegl zadzwonic po policje, lecz nazisci wyciagneli go z kabiny i zabrali ze soba. Nikt nie ruszyl palcem. Póki sie nie wyniesli, mozna bylo uslyszec spadajaca szpilke.
(...) Frl. Schroeder... Zadne próby wyjasnienia czy rozmowy na tematy polityczne nie maja sensu. Ona sie juz przystosowuje, tak jak sie przystosuje do kazdego nowego rezimu. Slyszalem nawet dzis rano, jak opowiadala z najwyzszym uznaniem o Führerze zonie stróza. Gdyby ktos jej przypomnial, ze w listopadowych wyborach glosowala na komunistów, zaprzeczylaby pewnie z gniewem, i to w najlepszej wierze. Aklimatyzuje sie po prostu zgodnie z prawem przyrody, jak zwierze, które na zime zmienia futro. Tysiace ludzi takich jak Frl. Schroeder robi to samo. W koncu, bez wzgledu na to, jaki rzad sprawuje wladze, oni sa skazani na zycie w tym miescie.
(...) Dzis swieci przepyszne slonce; powietrze jest lagodne, cieple... Slonce swieci, a Hitler jest panem tego miasta. Slonce swieci, a dziesiatki moich przyjaciól - moi uczniowie ze Szkoly Robotniczej, kobiety i mezczyzni - siedza w wiezieniu, a moze juz nie zyja... Dostrzegam wlasna twarz w sklepowym lustrze i przeraza mnie to, ze sie usmiecham. Trudno sie nie usmiechac w tak piekna pogode. Tramwaje jezdza po Kleiststrasse tak jak zawsze. I one, i ludzie na chodnikach, i podobna do poduszki na czajniczek herbaciany kopula dworca przy Nollendorfplatz maja w sobie cos dziwnie swojskiego, przypominaja rzeczy zapamietane z przeszlosci jako normalne i przyjemne - jak bardzo dobra fotografia.
Nie. Jeszcze teraz nie moge ani rusz uwierzyc, ze to wszystko naprawde sie zdarzylo.


Eleonora Kalkowska urodzila sie w roku 1883 w Warszawie, w rodzinie polsko-niemieckiej. Studiowala w Petersburgu, Paryzu, Monachium, Krakowie i Berlinie w szkole teatralnej Maxa Reinhardta. Debiutowala w roku 1904 zbiorem opowiadan po polsku, ale dwa tomiki wierszy wydala po niemiecku. Byla autorka sztuk teatralnych, z których Joseph (1928) oraz Zeitungsnotizen (1933) wystawiane w Berlinie przyniosly jej slawe, stajac sie takze powodem aresztowania w roku 1933. Zwolniona z wiezienia dzieki interwencji ambasady polskiej, wyemigrowala. Jej córka, polska germanistka, Elida Maria Szarota pisze o wyjezdzie swej matki z Berlina:
...Joseph opowiada o polskim robotniku rolnym, który podczas pierwszej wojny swiatowej popadl w rosyjska niewole. Pózniej znalazl sie w Meklemburgii i tam w procesie poszlakowym skazano go niewinnie na kare smierci. Moja matka zawsze miala polskie serce, chociaz pisala po niemiecku. Ten niewinnie skazany Polak poruszyl ja do glebi, studiowala akta Jakubowskiego, rozmawiala z historykami i politykami o tym morderstwie dokonanym w glorii prawa i z namietnoscia pisala swoja sztuke. Poczatkowo wystawiano ja na przedstawieniach porannych Teatru Ludowego w Berlinie, gdzie cieszyla sie duzym powodzeniem. Alfred Kerr nazwal ja wielkim czynem. Pózniej zostala przejeta przez Teatr Lessinga i grala ja grupa mlodych aktorów. Jej nastepna i w Niemczech ostatnia sztuka byly Zeitungsnotizen / Notatki gazetowe, które wystawiono w grudniu 1932 roku w berlinskim Teatrze im. Schillera. Ta wymyslona i napisana w czasie swiatowego kryzysu gospodarczego sztuka ukazuje w epoce wzrastajacego bezrobocia piec samobójstw popelnionych z powodu nedzy. Publicznosc byla do glebi wstrzasnieta, przez cala przerwe ludzie bili brawo na stojaco. Ludzie wychodzili z teatru z placzem. Nazisci nie mogli wybaczyc matce ani Józefa, ani Notatek gazetowych. Codziennie przed Teatrem im. Schillera odbywaly sie demonstracje... Po marcowych wyborach do Reichstagu matka opuscila Berlin na zawsze. Swoja ostatnia sztuke Luk tryumfalny napisala po francusku. W duchu pozegnala sie wtedy z niemieckim.

10 maja 1933 roku. Opernplatz w Berlinie. Joseph Roth: Autodafé ducha (napisane we wrzesniu 1933). Niewielu wspólczesnych zdaje sie miec pelna swiadomosc tego, co znaczy palenie ksiazek, wypedzenie pisarzy zydowskich i wszystkie inne szalencze próby III Rzeszy zniszczenia ducha. Krwawe wtargniacie barbarzynców w wyrafinowana technike, straszliwy marsz zmechanizowanych Orang-Utanów, uzbrojonych w granaty reczne, gazy bojowe, amoniak, nitrogliceryne, maski gazowe i samoloty, powstanie potomków z ducha (o ile nie z krwi) Cymberów i Teutonów, wszystko to znaczy w o wiele wiekszej mierze niz chce zdac sobie z tego sprawe zagrozony i sterroryzowany swiat - trzeba to rozpoznac i otwarcie nazwac - duch Europy kapituluje. Europa kapituluje ze slabosci, z ociezalosci, z obojetnosci i bezmyslnosci. My pisarze niemieccy zydowskiego pochodzenia musimy w tych dniach, kiedy to dym naszych spalonych ksiazek wznosi sie do nieba, przede wszystkim uznac, ze jestesmy pokonani. Spelnijmy wiec, my, tworzacy pierwszy mur zolnierzy, walczacych pod sztandarem ducha europejskiego, najwyzszy obowiazek wojowników pokonanych z honorem: uznajmy nasza kleske. Tak, jestesmy pokonani.
Byloby to niegodne, siegac po laur naszych przyszlych zwyciestw. Byloby to dziecinne, obwieszczac z góry ostateczne zwyciestwo ducha humanistycznego nad aktualna zwycieska wladza fauny "Leuna-Werke", "I.G. Farbenwerke" i innych dzungli chemotechnicznych. jestesmy dumni z naszej kleski. stalismy w pierwszym szeregu obronców europy i zostalismy jako pierwsi pobici.

A slynny malarz Max Liebermann, Zyd, ustepujac w roku 1933 ze stanowiska Prezesa Pruskej Akademii Sztuki ocenil to jedrnie i dosadnie: nie bylbym w stanie zjesc tyle, ile powinienbym, by móc rzygac na widok tego, co sie dzieje.

Wojna. Wojna. Wojna.
Bitwa o Berlin, w której wzieli udzial Polacy - wystarczy siegnac pamiecia do "Czterech pancernych i psa". Okupacja Berlina, podzial na cztery sektory. Rozdzielone ale przez lata wciaz jeszcze otwarte, zwyczajnie dostepne. Tedy uciekl na Zachód pulkownik Swiatlo i jego wzorem jakis paskudny renegat partyjny w "Malowiernych" Putramenta.
Odgruzowywanie Berlina, dokonane glównie rekami kobiet, tak slynne, ze przedmiot wielu filmów i opowiadan. Kobiety zasluzyly sobie nawet na nazwe wlasna "Trümmerfrauen" - kobiety gruzów. W ksiazce Kurta Bartscha Wadzek jedna z jego bohaterek powie po dziesieciu latach: "wtedy bylam kobieta gruzów, dzis jestem ruina". Nedza, glód, potworne mrozy pierwszych dwóch powojennych zim, kiedy wyrabano na opal wszystkie drzewa w berlinskich parkach, równiez tym najslynniejszym - Tiergarten, tak pieknym i waznym, ze pisali o nim wszyscy, Norwid, Przybyszewski, Benjamin, Tucholsky, Gombrowicz, Grass - a park podzielony na grzadki oddano berlinczykom pod uprawe kartofli.
W roku 1947 Max Frisch zapisal w Dziennikach: Pogoda znowu wspaniala. Listopadowe niebo, wysoki, prawie srebrny blekit. To miasto ma niezrównane powietrze, daje intensywniejsze uczucie przytomnosci. Nawet po prawie nieprzespanych nocach. Stopy pala mnie, bo przez caly dzien bylem w ruchu, ale glowa jest jak pochodnia na wietrze. Odpoczynek popoludniowy w Tiergarten. Pozbawiony drzew step ze slynnymi kurfürstami, otoczonymi ogródkami dzialkowymi. Niektóre z tych figur sa pozbawione rak, innym posiekalo twarze. Jednego wykrecila fala uderzeniowa i maszeruje teraz dziarsko w bok. Gdzie indziej znów zostal tylko cokól z dwoma kamiennymi stopami, inskrypcja, reszta spoczywa w gestwie chwastów. Poza jakims psem, który zweszyl juz mój piknik, jestem tutaj sam. W tle wznosi sie pomnik Armii Czerwonej, który w nocy jest oswietlany.

1948/49. Rok blokady. Odciety przez Sowietów, którzy próbuja wcielic zachodnie sektory miasta do swojej strefy wplywów, Berlin zyje tylko dzieki niezmordowanym dostawom lotniczym (akcja nazwana mostem powietrznym) w których 19 lotników stracilo zycie. Bohaterski Berlin, dzielni berlinczycy. Po niemal roku Sowieci ustepuja - blokada zostaje zakonczona. Berlin staje sie oczkiem w glowie Zachodu, jego pieszczoszkiem i wizytówka, "ostatnia blyskotka zamoznej Europy" jak napisal Gombrowicz w roku 1963. "A dalej ciemnosc az po Chiny". Mozna tu zyc jak w masle, a jednoczesnie wsród wszelkich wolnosci i wygód szczycic sie tym, ze jest sie mieszkancem miasta frontowego. Och, jak lubili berlinczycy ten swój wizerunek i jak go im teraz, od upadku Muru, brakuje.

17 czerwca 1953 roku rozpoczal sie w Berlinie Wschodnim strajk robotniczy. Pochód przeszedl glówna arteria wschodniej czesci miasta, zwana wówczas Aleja Stalina, dotarl do siedziby Urzedu Rady Ministrów. Robotnicy zadali podwyzki plac i obnizenia wysrubowanych norm. Wladze zrejterowaly. Przez nastepne piec dni rzady w miescie objela sowiecka komendantura wojskowa. Strajk - jak to zreszta zawsze bywalo w krajach Europy Wschodniej - przeksztalcil sie w bunt polityczny, krwawo stlumiony przez wojska sowieckie. Do zjednoczenia Niemiec w roku 1990 dzien 17 czerwca byl swietem narodowym w RFN. Szczesliwsza (bo wolna) czesc Niemiec czcila w ten sposób ofiary rezimu stalinowskiego.
Wolf Biermann, niepokorny piosenkarz, wydalony w roku 1976 z NRD, napisal ballade: "Osiem powodów dla zachowania nazwy Stalinallee dla Alei Stalina" (po roku 1956 Aleja zmienila nazwe na Frankfurter Allee).

Siedemnasty czerwca kolego
Murarze z butelka miast broni
Nie na zdrowie krzyczeli dlatego
Bo nie piwo butelka ta trwoni
     Tak dlatego tez nazywa sie STALINALLEE
      Czlowieku, zrozumze
      I czas jest passé!
Dlatego tutaj to wlasnie
Tak wczesne ciche wieczory
Ulica jak grób znowu zasnie
I drzewa jak straszne upiory
       I dlatego tez nazywa sie STALINALLEE

Pierwsza i jedyna rewolta enerdowska, pierwsza zreszta w calym Bloku Wschodnim, o czym w Polsce czesto sie zapomina, byla czestym motywem literackim. Günter Grass poswiecil jej sztuke teatralna, Plebejska próba powstania, Stefan Heym, pisarz z NRD, na przemian to holubiony za wierna lewicowosc, to przesladowany za rewizjonizm, poswiecil wydarzeniom powiesc "Piec dni w czerwcu".
Na srodkowym pasie Unter den Linden, gdzie po wojnie zostaly posadzone dwa rzedy mlodych lip, majacych zastapic wspaniale stare drzewa, które wyrabano na rozkaz Hitlera, Gadebusch znalazl sie niedaleko Goodie... Ale równiez i ona odkryla go i spróbowala przed nim uciec. W tlumie jednak, który cofal sie, spychany przez czolgi, nie mogla sie prawie ruszyc z miejsca... Grupa mlodych mezczyzn stala posrodku tlumu na trotuarze pólnocnej strony Unter den Linden i rozprawiala w podnieceniu, próbujac sie nawzajem o czyms przekonac. Kupa cegiel, wyrwanych ze stojacej obok ruiny w ramach czynu spolecznego i ulozonych równo warstwami, lezala pod reka. Uczen i jeszcze jakis inny mlody czlowiek zaczeli bombardowac Bjelina. Wiekszosc cegiel odbijala sie od stali czolgu, ale ich przyklad popchnal innych w grupie do obrzucania kamieniami pojazdów sowieckich, a szczególnie czolgu Bjelina. Bjelin zostal trafiony. Przez chwile zrobilo mu sie czarno przed oczami, potem podniósl rece, próbujac ich uspokoic, ale to nie przynioslo nic i Bjelin zniknal we wnetrzu czolgu. Uczen potraktowal to jako zwyciestwo i ruszyl do przodu z dzikim krzykiem, próbujac przy tym wspiac sie na czolg, zanim Bjelin zdazyl zamknac luk. Strzelec KM oddal salwe strzalów ostrzegawczych, celujac przy tym w góre, wysoko ponad glowami tlumu. Jeden z pocisków trafil w drugie pietro ruiny, odbil sie o blaszana zaluzje nieistniejacego juz okna, zostal skierowany w dól pod odpowiednim katem i brzeczac polecial z powrotem na ulice. Mial jeszcze dosc sily, by przewiercic prawa skron Goodie i wtargnac do jej mózgu.

Mimo calej bojowosci Heym nie mógl interpretowac zajsc inaczej: czolgi sowieckie kontroluja miasto w celach porzadkowych, atak ze strony nieodpowiedzialnych wyrostków, strzal ostrzegawczy nieszczesliwym trafem zabija mloda Niemke. Upadek pieciodniowego powstania pograzyl NRD w ucisku gorszym niz w innych krajach Europy Wschodniej, bo jego poczatek siegal jeszcze stalinizmu. Rewolty w Polsce przynosily dorazna ulge, w NRD odwrotnie - krwawo stlumione protesty pozwolily podporzadkowac sobie caly naród.

13 czerwca 1961 wladze NRD w ciagu jednej nocy w ramach bezprzykladnej, niezwykle sprawnie zorganizowanej akcji, otoczyly Berlin zasiekami z drutu kolczastego, które z czasem zastapiono betonowym murem. Mur, pisany teraz jak nazwa wlasna z duzej litery, ma w Berlinie wlasne muzeum, budowa Muru i tragiczne lub udane ucieczki na druga strone zostaly opisane dziesiatki, a moze setki razy.

Kurt Bartsch. "Wadzek". Niedziela. Bylo lato, goracy dzien, miasto zdawalo sie opuszczone przez mieszkanców. Smierc, martwe miasto... Muzyka a potem glos z radia, jest godzina 13.30, SLUCHACIE DEUTSCHLANDSENDER, slowa, slowa... KOMUNIKAT RZADÓW PANSTW CZLONKÓW UKLADU WARSZAWSKIEGO Z 12 SIERPNIA 1961: JEZELI GRANICA BERLINA ZACHODNIEGO BYLA DOTYCHCZAS OTWARTA TO TYLKO W NADZIEI NA TO, ZE PANSTWA KAPITALISTYCZNE DOBRA WOLE RZADU NIEMIECKIEJ REPUBLIKI DEMOKRATYCZNEJ... Na Rosenthaler Platz, przed wejsciem do U-Bahnu, staly grupy glosno rozmawiajacych ze soba ludzi. - Co znaczy, ze U-Bahn dzis nie jezdzi? - Bo nie moze jezdzic. Bo zaryglowalismy granice.

Mur - zwany w jezyku propagandy NRD: Zapora Ochronna Przeciw Faszyzmowi - zamknal sie na dobre.

W kilka lat pózniej, w roku 1967 w Berlinie Zachodnim studenci rozpoczynaja fale protestów: przeciw wojnie w Wietnamie, przeciw okupacji amerykanskiej Niemiec, przeciw pokoleniu wlasnych rodziców, którzy nigdy do konca nie rozprawili sie z dziedzictwem nazizmu. Przywódca duchowym opozycji jest filozof Marcuse, glównym opozycjonista Rudi Dutschke, urodzony w roku 1940 berlinski student socjologii. Punktem zwrotnym w walce mlodziezy jest przyjazd szacha Iranu. Sluzby bezpieczenstwa, obawiajac sie ataków mieszkajacych w Berlinie iranskich uciekinierów politycznych, zamieniaja wizyte szacha w demonstracje sily. W sposób niemal nieuchronny dochodzi do starcia policji i studentów. I znowu - jak zawsze - policja tylko kontroluje miasto, atak wyrostków, strzaly ostrzegawcze, "przypadkowy" trup: Benno Ohnesorg, student. Protesty przybieraja na sile. W roku 1968 dochodzi do zamachu na Rudiego Dutschke. Ciezko ranny Dutschke przezyje jeszcze jako inwalida 10 lat, nie odgrywa juz zadnej roli politycznej, pozostaje symbolem.
Stary scenariusz, a przeciez nowy. Zaczyna sie nowa epoka w zyciu Niemiec, do glosu dochodzi milczace i spiewajace hippisowskie ballady pokolenie, które potem nazwie sie "pokoleniem 68". Studenci formuja tzw. opozycje pozaparlamentarna czyli cos w rodzaju komitetów obywatelskich, z nich w kilka lat potem powstanie partia zielonych. Rozpoczyna sie "dlugi marsz przez instytucje". Upada rzadzaca wówczas RFN tzw. wielka koalicja CDU i SPD, wladze przejmuje socjaldemokracja. Przyniesie to zmiany równiez w tzw. polityce wschodniej Niemiec. Polska podpisze traktat z RFN, Willy Brandt kleknie w Warszawie przed pomnikiem ofiar getta.

Gdy na Zachodzie wrze, Berlin Wschodni po godzinie ósmej wygladal tak samo jak Mittenberg, zapadla dziura na glebokiej prowincji NRD - napisal Ulrich Plenzdorf w swej najslynniejszej bodaj, napisanej w roku 1972 powiesci, Nowe cierpienia mlodego W. Odizolowany od reszty swiata, zamkniety w sobie Berlin Wschodni mial jednak w sobie "cos".
A moze ktos mysli, ze nie wiedzialem, dokad sie w Berlinie chodzi sluchac prawdziwej muzyki? Juz po tygodniu wiedzialem. Nie wydaje mi sie, abym w Berlinie wiele przegapil. Zylem doslownie w nurcie muzyki. Moze mnie ktos rozumie. Bylem jak wyglodnialy, ludzie! Przeciez w promieniu 200 kilometrów od Mittenbergu nie bylo uczciwego zespolu, majacego pojecie o muzyce. Old Lenz i Uschi Brünning! Wielka Melodia byla dla mnie swego rodzaju rajem, niebem. Nie sadze, abym w owym czasie zyl jeszcze czyms oprócz muzyki i mleka.
(...) Oczywiscie, ze dzinsy! Bo czy mozna sobie wyobrazic zycie bez dzinsów? Dzinsy to najfajniejsze spodnie na swiecie. Przy nich jakies tam syntetyczne szmaty z Jumo , które wiecznie wygladaja jak spod igly, nie maja lotów. Dla dzinsów gotów bylem w ogóle zrezygnowac ze wszystkiego, no moze z wyjatkiem tej najpiekniejszej rzeczy. I z wyjatkiem muzyki. Uwazam, ze dzinsy to swiatopoglad, a nie spodnie. (...) w tym czasie w Berlinie nagle pojawily sie prawdziwe dzinsy. Nie mam pojecia dlaczego, ale byly. Na krótko przed czyms tam. Wiesc o tym rozniosla sie blyskawicznie, przynajmniej w pewnych kregach. Sprzedawali je w jakiejs oficynie, bo z góry wiedzieli, ze zaden dom towarowy w Berlinie nie pomiesci tlumów, które sie zwala po dzinsy. I tak tez bylo. Chyba nikt nie przypuszcza, ze obylo sie tam beze mnie. ...Dawno nie zdarzylo mi sie zerwac tak wczesnie, zeby tylko byc w sama pore. Ugryzlbym sie chyba nie wiem gdzie, gdybym nie dostal dzinsów. W trzy tysiace chlopa stalismy tam na klatce schodowej i czekalismy, az nas wpuszcza do srodka. Nikt nie potrafi sobie wyobrazic tego scisku. Tego dnia spadl pierwszy snieg, ale murowane, ze nikt z nas nie zamarzl. Kilku facetów mialo ze soba jakies samograje. Atmosfera byla jak w Boze Narodzenie... Wszyscy bylismy solidnie high. Kiedy wreszcie otworzyly sie drzwi i zaczal sie ten cyrk, niewiele brakowalo a bym odstawil swój Blue-Jeans-Song. Za drzwiami stalo czterech roslych sprzedawców. Zostali zepchnieci na bok, a my rzucilismy sie na dzinsy. Niestety, szkoda bylo zachodu. Mieli nie ten fason.


Ruch rozpoczety na Zachodzie w roku 1967 zyskuje w latach 70 kolejnych wspóltwórców, zajmuje sie coraz innymi tematami - obowiazkowa sluzba wojskowa, kara smierci, ustawa o usuwaniu ciazy, tolerancja dla mniejszosci seksualnych. Jedna z form aktywnosci jest zajmowanie starych, przeznaczonych do rozbiórki kamienic. Lata 80 w Berlinie to walka o domy. Miala ona zreszta pewien polski akcent - walczaca mlodziez obrzucala policje niemiecka obelgami: "ZOMO! ZOMO!" Niemcy interesowali sie tym co w roku 1980 i 1981, szczególnie po wprowadzeniu stanu wojennego dzialo sie w Polsce i ZOMO bylo ... no wiadomo.
3 lutego 1979 roku stalo sie: czlonkowie Komitetu Obywatelskiego SO 36 zaokupowali na Görlitzer Strasse 74 i Lübbener Strasse 3 dwa nie wynajete mieszkania. Instandbesetzung - zostalo wynalezione nowe slowo i nowe formy walki. Jezeli wlasciciele kamienic nadal beda pozostawiali cale domy nie wynajete, po to zeby popadly w ruine i mozna je bylo w celach spekulacyjnych wyburzyc, trzeba bedzie w przyszlosci samemu przylozyc reki i doprowadzic mieszkania do stanu uzywalnosci. I tak tez sie stalo. 12.12.1980 stal sie historyczna data. Kiedy policja aresztowaniami próbowala przeszkodzic w zajeciu domu na Fraenkelufer, od dawna nagromadzona wscieklosc wyladowala sie na ulicach. Wokól placu Kottbusser Tor wybudowano barykady, bronione kamieniami przeciwko nadciagajacym sukom. Przez cala noc az do rana trwaly walki. Konferencje prasowe, wywiady, wystraszone ekipy TV - naraz pojawila sie na ustach wszystkich - sytuacja mieszkaniowa na Kreuzbergu. Najwyrazniej potrzeba bylo dlugiej nocy barykad, z ponad 400 rannymi, zeby wyciagnac na swiatlo dzienne machlojki prywatnych spekulantów i panstwowych biurokratów od rzekomej restrukturyzacji dzielnicy. W nastepnych tygodniach ruch crack-in mial sie rozciagnac i na inne dzielnice miasta i w swoim szczycie, latem 1981 osiagnac ponad 150 domów.(..) 10 maja 1981. Przedterminowe wybory. CDU wygrywa i rozpoczyna eksmisje domów przy pomocy policji. Nie udalo sie jednak potraktowac Instandbesetzung, jakby tego ruchu nigdy nie bylo. Czesc opinii publicznej zostala uczulona na spekulacje i rujnowanie miasta pod pozorem restrukturyzacji. A w kilku tuzinach zajetych domów udalo sie sytuacje zalegalizowac przez umowy wynajmu.

1989. Przemiany, które mialy miejsce w calym Bloku Wschodnim, w tym równiez demokratyzacja Polski i pierwsze wolne wybory, przede wszystkim jednak zapoczatkowana przez Gorbaczowa odgórna rewolucja, "pieriestrojka i glasnost" zachwialy tez podstawami egzystencji NRD. Rok 1989 zapisal sie masowymi ucieczkami obywateli NRD do Pragi, Budapesztu i Warszawy, gdzie okupowano ambasady RFN, zadajac prawa wyjazdu do "wolnego swiata". W Lipsku co poniedzialek przechodzila ulicami miasta milczaca demonstracja ze swiecami - zadano demokratycznych przemian. Równiez w Berlinie wrzalo. 4 listopada odbyl sie ogromny wiec na Alexander Platz. NRD chylila sie ku upadkowi. 9 listopada 1989 roku wladze NRD otworzyly Mur. W rok pózniej 3 pazdziernika 1990 roku, po pertraktacjach dyplomatycznych z okupantami (USA, ZSRR, Anglia, Francja), w których brala zreszta udzial równiez dyplomacja polska NRD i RFN zjednoczyly sie. Juz wczesniej, bo 1 lipca 1990 roku nastapila unia monetarna. Dzien 3 pazdziernika stal sie swietem narodowym zjednoczonej Republiki. Jedenascie miesiecy pomiedzy otwarciem Muru a zjednoczeniem nacechowane byly entuzjazmem, który jednakze szybko zniknal. Obie strony cierpialy. Niemcy Zachodnie, bo zjednoczenie okazalo sie kosztowne i zmudne, Niemcy Wschodnie, bo wraz z likwidacja socjalizmu zniknely tez przywileje socjalne, których nikt nie cenil, póki byly, a których nagle zbraklo. Prawo do pracy dla kazdego i prawo do tanich mieszkan odeszly wraz z socjalizmem. Zapanowala wolnosc, demokracja, wolny rynek, ale wolnosc sprowadzila sie do prawa wyjazdu na Majorke, demokracja do udzialu w wyborach, po których partie nie dotrzymywaly obietnic przedwyborczych, a wolny rynek stal sie polem bitwy, na którym kapitalizm zachodni, zaprawiony w bojach, polknal NRD.
Ten czas zaniku entuzjazmu, narastania goryczy i rozczarowania opisal Günter Grass w swej ostatniej powiesci "Rozlegle pole". Zjednoczenie. Wszystko to jest oszustwo i mydlenie oczu! przeciez hasla takie jak wir sind das Volk! sa pokretnymi blyskawicami na falach aktualnej polityki... Wystarczylo wymienic jedno jedyne slówko, a juz nie bylo Demokracji, zostala tylko Jednosc. Tak szybko najmlodsza Rewolucja wystrzelala swój proch... W Niemczech Jednosc zawsze zaswiniala Demokracje!
Zmiana slówka miala miejsce na przelomie roku 1989 i 90. Protesty mieszkanców NRD odbywaly sie pod haslem wir sind das Volk! - naród zadal podmiotowosci. Zmiana hasla odbyla sie niemal niezauwazalnie. W miejsce "das" wprowadzony zostal rodzajnik nieokreslony "ein", co jest tez slowem oznaczajacym "jedno". Z hasla jestesmy narodem z naciskiem na slowo naród zrobilo sie wiec haslo jestesmy jednym narodem, z akcentem polozonym na wyraz: jednym. Jednosc polknela demokracje.

Bohater Grassa, Theo Wuttke, od swego ulubionego pisarza, Theodora Fontane, zwany Fonty, roi sobie najnowsze wydarzenia w postaci kolorowanych litografii, takich jakie w XIX wieku sprzedawano na jarmarkach. Niech Pan sobie wyobrazi wydarzenia pazdziernikowe. Dopiero co galówka z okazji 40-lecia Panstwa Robotniczo-Chlopskiego. Wielkie halo! przemarsz Narodowej Armii Ludowej. Masy przed trybuna na Marx-Engels-Platz. Na kolejnych obrazkach pozdrawiajacy Towarzysze KC... I obok naszego Honiusia widzimy Gorbiego, który sie nie usmiecha. Dlaczego nie? ... Obrazki za obrazkami. W pastorskich togach i kolnierzykach widac stu i wiecej jeszcze duchownych, wladnych naszpikowanymi obrazami cytatów z Lutra... Berlin. Rozczarowany przez lud Honi abdykuje. Jego nastepca szczerzy zeby w usmiechu. Coraz wiecej ustapien i zawalów serca. Natenczas w kolejnosci obrazów z dymkami: skruszeni towarzysze partyjni w rozmowach z brodaczami z Nowego Forum. Kolejne dymisje, postulaty. Wszedzie Okragle Stoly! I wszedzie pastorzy... Oczywiscie nie moze brakowac 4 listopada, dnia tysiaca transparentów i o wiele za wielu mówców, którzy w coraz wiekszych dymkach usiluja dawac odrobine nadziei. Heym oskarza, pelen goryczy. Wolf szuka kontaktu z ludem. Müller ostrzega: nie róbmy sobie zadnych zludzen... Aktorka Steffi Spira recytuje wiersz. I potem, kiedy pisarz sredniego pokolenia, Christoph Hein sprowadzil wszelka euforie do normalnych rozmiarów, wolaja mnie na podium... Tak, przemawialem do 500 tysiecy na Alexie... przywolalem rewolucje z 1848 roku: duzo krzyku, malo welny! Czy ktos rozumial moje ostrzezenia? A juz nadszedl 9 listopada, ten dzien, który tak nam Niemcom wszedl w krew , ale tym razem zapowiadajacy radosne nastepstwa. Po wszystkich potwornosciach tej daty mozna bylo nareszcie dodac jej radosnych tonów: Mur otwarty na osciez, pada Zapora Antyfaszystowska, dziecioly kuja Mur, banany rozplywaja sie w gebie...
Kanclerz Kohl przerywa swa wizyte w Polsce i przyjezdza do Berlina. Rok pózniej berlinczycy obrzuca go jajkami. Na razie jednak wszyscy sie ciesza i rozbijaja Mur na kawalki.
... Mama oczywiscie wzruszyla sie do lez, podczas gdy dla mnie wydarzenia tego rodzaju, które same z siebie chcialyby byc wielkie, nie maja najmniejszego znaczenia. Raczej stawiam na dyskretny szczegól. Np. owi mlodzi chlopcy, miedzy innymi równiez egzotycznie-cudzoziemscy, którzy jako tzw. dziecioly posuwaja do przodu niewatpliwie chwalebna rozbiórke Muru, tego kilometrowego osiagniecia, czesciowo jako "Bildersturm", a po czesci w ramach drobnego handlu; dobrali sie do skóry ogólnoniemieckiemu dzielu sztuki przy pomocy majzla i mlota... Majzlem i mlotem, czasami tylko brukowcem i srubokretem sproszkowali te zapore ochronna, której strona zachodnia zostala w ostatnich latach swego istnienia pokryta przez anonimowych artystów krzykliwymi kolorami i ostro zarysowanym konturem i podniesiona tym samym do szlachetnej rangi dziela sztuki: nie zalowalo ono symboli, spluwalo cytatami, krzyczalo, skarzylo sie i wczoraj bylo ciagle jeszcze aktualne.

Grass porównuje zjednoczenie Niemiec w roku 1989/90 do roku 1871 - powstania Cesarstwa. Wtedy wydawalo sie, ze zwyciestwo, jesli nie wywalczone, to co najmniej zostalo darowane. To byla lipa. I wszystko na nie ta okolicznosc. Uderzylo im do glowy. Zwyciestwo czyni glupim! Chcieli sie napuszac, wielcy i corazto wieksi. Teraz tez nie pójdzie lepiej. Juz sa na miejscu: Treibelowie! Jako pierwsi zgarniaja swoje... taka jest tendencja. To co bezmyslne, sloganowe, klamliwe, pelne pychy, bez serca, to wszystko z punktu widzenia homini novi... "Treibel" - to nazwisko bohaterki powiesci Theodora Fontane staje sie u Grassa nazwiskiem mówiacym, "treiben" - pedzic, gnac, poganiac, zapedzac do roboty i wypedzac z kraju, wyploszyc, zwolnic, takze z pracy, zapedzic w sytuacje bez wyjscia, przyprzec do muru, podbijac, podnosic ceny, doprowadzic do rozpaczy, do samobójstwa, przebrac miare, ale takze poruszac, przyspieszac... tak wlasnie sie dzieje, w rzeczywistosci lat 89/90 i w powiesci.
3.10.1990. Dzien Jednosci. Dzien radosci. "Akademia" jak za najlepszych socjalistycznych czasów, przed Reichstagiem w Berlinie. Tlumy, przemówienia, muzyka, fanfary. We wszystkich kosciolach bija dzwony. W niektórych nie. Zwlaszcza tych na Wschodzie. Minal rok. Juz nie kazdy sie tak cieszy, jak kiedys. Zjednoczenie juz coraz powszechniej nazywa sie wlaczeniem, Anschluß - celowo uzywajac tego samego slowa, którym okreslano hitlerowska aneksje Czech, oficjalnie chetnie siega sie po "Beitritt" - wstapienie, przystapienie.
Nigdy sie nas nie pozbedziecie. - Jakie tam miliony! - Miliardy bedzie was to kosztowalo. - Chcieliscie tego przeciez za wszelka cene. - Jednosc! Radosc! - Nie cieszcie sie, nie cieszcie sie, nie ma z czego. - Jeszcze sie wam odechce. Zobaczycie jaka to bedzie radosc. - Niby wszystko wedlug planu - Mur otwarty: Radosc! - Won z zetonami: Radosc! - Deutschmark w kieszeni: Radosc! Ale rachunek zostanie wystawiony. - W koncu to wszystko zlom, powiedzieliscie, tanio do kupienia. - Myslalby kto! - No, cieszcie sie. - Miedzy bracmi, no cieszcie sie, do diabla! Macie sie cieszyc, no juz! - Od dzis, punkt o pólnocy, tylko radosc! Tyle radosci trzeba uzyc, nie wystarczy na dlugo. I skoro jestesmy juz bracmi, to jak sie nalezy. Musza ci z Zachodu wiedziec, ze jestesmy zarazliwi. Mówia o nas zlom, to zrobimy z nich zlom. Oni zaplaca, to my odplacimy, wirusem wschodnim, tak, do diabla! Zarazliwi jestesmy - jak radosc. Chca nas skapitalizowac, a my ich po prostu skomunizujemy. Tutaj buzki... I juz iskra, mi tam nie zalezy, niech bedzie, córa bogów. Juz sie pale... Dla mnie nie ma zadnych partii, tylko Niemcy, wszedzie Niemcy... Krytyka rozszarpala Grassa na strzepy - autorowi zarzucono czarnowidztwo, krakanie, antyniemieckosc.

W roku 1997 berlinski pisarz Bodo Morshäuser napisal jednakze artykul bardzo podobny w wymowie. Berlin Zachodni byl wstretny, bez watpliwosci, Berlin Wschodni byl wstretny, tez bez watpliwosci, ale Berlin polaczony jest absolutnie i naprawde wstretny, Berlin polaczony jest najwstretniejszym Wielkim Berlinem wszystkich czasów. Kiedy dawniej przechodzilem z Berlina Zachodniego na wschodnia strone, do rzekomej stolicy NRD, robilo mi sie fizycznie niedobrze w obliczu tamecznych kompozycji kolorystycznych, od ciemnej szarzyzny do jasnych brazów. Samo tylko wachanie Berlina Wschodniego, to znaczy koniecznosc wdychania w Berlinie Wschodnim karbolu i spalin z dwutaktów, bylo chamstwem graniczacym z obrazeniem ciala. Berlin Wschodni stal sie najwstretniejszym kawalkiem trzeciego swiata jaki w ogóle znalem. Wstretna historia Niemiec uczynila to miasto tak wstretnym, a ta wstretnosc jest tez tym, co wywiera na nas tak fascynujacy wplyw. Wojna zrujnowala miasto dostatecznie, ale lata powojenne zrujnowaly je, i to obie polowy, w dwójnasób. Kazda odbudowa ruina. Podzial miasta zrujnowal je i obecna rozbudowa rujnuje je tak samo.
Mozna o Berlinie mówic, co sie chce, zawsze jest w tym troche prawdy. Mozna widziec Berlin zdominowany przez grzechy odbudowy powojennej, albo zdominowany przez rozbudowe pozjednoczeniowo-wstapieniowa. Mozna nienawidziec Berlina albo go kochac. Mozna lubic place budowy, albo ich nie lubic.
Miasto w calosci przedstawia sie takie, jakie jest. Miasto w calosci jest OK. Miasto w calosci jest historia. To jeszcze zaden problem. Niekoniecznie trzeba cos uwazac za piekne albo wstretne, zeby to akceptowac. Bledy, które popelniono wczesniej nie zostana juz powtórzone. Za to popelnimy takie, których jeszcze nie bylo.
Potsdamer Platz jest na najwyzszych obrotach. Budowac! cala naprzód. Praca wre na wszystkich budowach jednoczesnie. Wylaniaja sie zarysy przyszlych ulic. Wszelkie porównania z tym samym placem sprzed niewielu jeszcze lat nie udaja sie. Nie da sie juz rozpoznac, tego co bylo, tylko powoli to, co nowe. Tylko ogrodzony kwadrat, szmat gruntu i tylko ten niewielki kawalek, na którym nic sie nie buduje, pomaga sie zorientowac, co i gdzie bylo przedtem. Chodzi o kawalek gruntu, gdzie znajduje sie, jak powiadamy, Führerbunker, Führerhaus. Szoferka historii niemieckiej lezy pod Potsdamer Platz i nazywana jest Bunker. Mamy The Führerbunker, a udajemy, jakoby go nie bylo.
(...) Nawet próba wybudowania nowego sródmiescia bez historii nie chce sie tutaj udac. Krnabrnie i monstrualnie wybija sie ten ugór Führera i pozostawia po sobie krzyczace nic. Niezabudowalne, bo ciagle jeszcze nie przetrawione, kazdy moze tu rzeczywiscie zobaczyc widmo Hitlera. Widmo Hitlera jest wielokrotnie obecne, nawet wtedy, kiedy nic nie widac. Obraz miasta sklada sie z tego, co widac i z tego, czego nie widac. Okresy przejsciowe to okresy pomiedzy porzadkami. Okresy czasowego chaosu, okresy try and error. Berlin jest miastem niemieckim, co patrzy mu z geby na kazdym rogu. I musi patrzec. Jezeli w 77-letniej historii Berlin istnieje w ogóle jakakolwiek konstanta, to chyba tylko ta, ze miasto znajdowalo sie zawsze w czasach przejsciowych, przed wojna, podczas wojny, po wojnie, przed Murem, podczas Muru, po Murze...
Berlin Zachodni byl piekny, bez watpliwosci, Berlin Wschodni byl piekny, tez bez watpliwosci, ale Berlin polaczony jest absolutnie i naprawde piekny, Berlin polaczony jest najpiekniejszym Wielkim Berlinem wszechczasów.