|
back
Ewa Maria Slaska
ULICE BERLINA 2001 Cykl felietonów publikowanych od stycznia 2001 r. w "Kurierze Szczecinskim" KONIEC TYSIACLECIA Drodzy Czytelnicy, spiesze doniesc, ze nadchodzi koniec tysiaclecia, i tym razem nadchodzi autentycznie. Oto najwazniejszy berlinski brukowiec becet czyli "BZ" na dzien przed Sylwestrem doniósl, ze wymyslono chip przeciwko... skokom w bok. Przeczytalam tylko haselko na ulicy, nie kupilam gazety, nie wiem wiec na czym polega dzialanie chipu i wcale mnie to nie interesuje. Teraz jednak juz wiem na pewno, ze stare tysiaclecie odchodzi bezpowrotnie i naprawde zaczyna sie "nowy wspanialy swiat" - swiat matrix. Komputer nalezal jeszcze do moich czasów, byl (jest) cudownym narzedziem pracy. Jemy juz genetycznie przetworzona soje, wyprodukowano owieczke Dolly, identyczna jak mama i, mimo mlodego wieku, genetycznie równie jak ona wiekowa, moge kupic "madry budzik", piec samomyjacy (sie), opone z chipem, która mi powie, dokad zabral ja zlodziej i chip dla psa, zeby mi nie uciekl, ale wszystkie te cuda wciaz jeszcze dzialy sie na poziomie uzytkowym, byly instrumentem lub zabawka, nawet jesli niebezpieczna. Przestraszyl mnie dopiero chip zapewniajacy wiernosc. Czasy sie zmieniaja, a my zmienimy sie wraz z nimi. Czy chcemy, czy nie chcemy. Poniewaz juz wiadomo, ze swiat wirtualny pozbawil seks atrakcyjnosci i ponoc dobrowolnie zastapimy go niebawem produkcja potomstwa z probówki, to nie wiem, czemu ma wlasciwie sluzyc ten chip, jest zapewne elementem przejsciowym "chipizacji" spoleczenstwa, zanim pozbedziemy sie takich przezytków jak milosc i wiernosc. Malzenstwa i tak juz nie ma, rodziny równiez. W nowoczesnym pismie obrazkowym rodzine oznacza sie przez symbole jednej osoby doroslej plci dowolnej i jednego dziecka. Socjologowie zbadali, ze tworzymy wlasnie nowy model wspólzycia, tzw. kolorowy, co oznacza na przyklad mame, syna, pierwsza zone trzeciego narzeczonego mamy i córke homoseksualnego przyjaciela taty. Albo cokolwiek innego. Status takiej grupy jest plynny, najbardziej stalym jej elementem jest kot, a jedynym potwierdzeniem wspólnoty moze byc juz tylko wspólne zamieszkanie, co w Berlinie i tak zdarza sie rzadko, bo statystycznie zyje sie tu jak na Manhattanie - w spoleczenstwie singli. Jak dotad wydawalo sie, ze jest to cecha charakterystyczna Berlina, wielkiego miasta o czterech milionach mieszkanców, ale nagle okazalo sie, ze skoro Borys Becker rozstaje sie z Babs, to znaczy, ze zjawisko rozpadu rodziny ma szerszy zasieg. Co sie stalo z rodzina? biadaja moralisci, przygladajac sie jak "zlota para" niemieckiej pop-kultury walczy o dzieci i pieniadze. Sa mlodzi, piekni, bogaci, odniesli sukces, kochali sie, obstawali przy tradycyjnych wartosciach rodzinnych i jeszcze na dodatek ona byla ciemnoskóra. Byli triumfem niemieckiej political correctness i dowodem, ze rodzina jeszcze istnieje. Tymczasem w dzien po swych 33 urodzinach Borys oswiadczyl Barbarze, ze ich malzenstwo przestalo istniec, po czym wystapil o rozwód, szczególnie zainteresowany, by sprawa toczyla sie w Monachium a nie w USA, bo w Niemczech obowiazywac bedzie umowa malzenska, na mocy której Babs otrzyma 5 milionów marek odszkodowania. Gdyby zas sprawa przeniosla sie do USA, Barbara mialaby prawo do polowy majatku czyli stu milionów. W pozwie Becker twierdzi, ze malzenstwo rozpadlo sie juz przed dwoma laty, malzonkowie zamieszkiwali odrebne czesci wspólnego mieszkania, a dzielily ich róznice swiatopogladowe. Wszystko pieknie, tylko skad w takim razie drugie dziecko, ten maly, slodki bobasek Elias? Prasa snuje domysly, ze Becker zdradzal zone z raperka Sabrina Setlur, co ta zdecydowanie dementuje. Mówi sie tez, ze nie chcial sie zgodzic na samodzielna kariere Babs w swiecie mody. I zaiste nic pewnie z tej kariery nie wyjdzie, bo "wartosc rynkowa" Babs spadla do zera. To tez nowe slowo: "wartosc rynkowa" czlowieka. A wiec: Babs porwala dzieci do Miami. Borys próbuje je odzyskac, co mu sie wedlug prawa nalezy, bo mieszkaly w Monachium, z kolei jednak w internecie jako miejsce zamieszkania Beckerów widnieje Floryda. Babs wystapila do sadu rodzinnego w Miami o pozostawienie dzieci przy niej. Trzykrotny zwyciezca z Wimbledonu musi wiec udowodnic, ze mama dziala na szkode pociech i skarzy Babs, ze brutalnie wyrwala dziatki ze znanego otoczenia. Nie czekajac na decyzje sedziów Becker zablokowal pieniadze zony, która nie miala wlasnych kart ani kont. Ta wystapila o alimenty... Na domiar zlego syn bylego kanclerza Kohla zeni sie z Turczynka, a sam Kohl - wcale zreszta w Turcji nie lubiany, bo uporczywie nie zgadzal sie na przyjecie Turcji do EU - a zatem Kohl musial pojechac do Istambulu prosic o reke pieknej, bogatej i madrej panny Elif SŘzen. I pojechal sam! Jego zonie, pani Hannelore bylo "nie na reke"! W zwiazku z synowa? W zwiazku z mezem? Nic nie wiadomo, prasa milczy, ale dziennikarzy juz teraz interesuje, czy Hannelore przyjedzie na slub? A Hilary podobno zamierza rozstac sie z Clintonem. Wszedzie zmiany. I tak to zaczynamy nowe tysiaclecie. PS. Wystrzelane w Niemczech fajerwerki sylwestrowe kosztowaly 200 milionów marek. I ZNOWU STYCZEN: PRUSY NA HULAJNODZE Aczkolwiek Boze Narodzenie w Niemczech zaczyna sie mniej wiecej w pazdzierniku, a czasem nawet wczesniej - wszystko zalezy od tego, ile "jesieni" zaoferuja sklepy, zanim na dobre zacznie sie sprzedaz mikolajków z czekolady, pierników i cynamonowych ciasteczek zwanych spekulatius, a zatem - aczkolwiek Boze Narodzenie zaczyna sie w pazdzierniku, konczy sie gwaltownie wraz z wyrzuceniem choinki na ulice, co nastepuje czasem juz w pierwszy dzien po swietach, a z reguly zaraz po Sylwestrze. Sluzby miejskie zaczynaja sprzatac choinki po Trzech Królach, przez co najmniej tydzien chodzi sie wiec po miescie jak po stepach Akermanu, brodzac w kostropatych klebach jodlowego pierekatepola, którym zimowe wiatry szastaja jak pilka. Normalnie pierwsza polowa stycznia jest okresem cichym i leniwym, niewiele sie dzieje, a mieszkancy zajmuja sie przede wszystkim ulubionym sportem zimowym - wymiana niechcianych prezentów gwiazdkowych na pieniadze lub inne przedmioty, pewnie równie niepotrzebne, ale za to wymarzone i modne. O ile przebojem sezonu gwiazdkowego w roku 1999 byl tamagoczi, o tyle ubiegly rok zapisal sie absolutna dominacja srebrnej hulajnogi. Moda, która niespelna rok temu zapoczatkowali eleganccy mlodzi pracownicy róznych agencji reklamowych, w krótkim czasie zeszla do poziomu szkoly podstawowej. Ale wciaz jeszcze w dlugiej kolejce po bilety na wystawe Picassa zobaczyc mozna bylo elegantów i elegantki z mala hulajnoga pod pacha. Styczen 2001 roku nie bedzie zreszta tak niemrawy, jak zwykle i zapisze sie w annalach miasta w sposób specjalny, bo bedziemy hucznie obchodzic trzechsetletnia rocznice powstania panstwa pruskiego. Pamietamy z lekcji historii? 18 stycznia 1701 roku ksiaze brandenburski Fryderyk III koronowal sie w Königsbergu alias Królewcu alias Kaliningradzie jako król pruski Fryderyk I. Tak powstaly Prusy, a co o nich pamietamy ze szkoly - to wlos sie jezy: stary Fryc, pruski dryl, militaryzm, zabory, wojny slaskie, Fryderyk Wielki, zabory, Bismarck, zabory, Hakata, rugi, powstanie we Wrzesni, zabory, wóz Drzymaly, Placówka, zabory, zabory... Ale równiez ziemniaki. Oczywiscie - ziemniaki. Historyczne osiagniecie pruskie - jedzenie dla biednych, które definitywnie zakonczylo trwajace od sredniowiecza kleski glodu. Moze jeszcze czasem przypomni sie z pewnym zdziwieniem przyjazn Fryderyka z Wolterem, kunszt królewskiej gry na flecie i dziwaczny podarunek wielkiego króla pruskiego dla wielkiej carycy Wszechrosji - wielka biala porcelanowa figure Katarzyny w koronkach i robronach, do stawiania na stole podczas uroczystych biesiad. Szczecin wszedl w sklad Prus w roku 1720, a niesforna Kasia urodzila sie w roku 1726, byla wiec rodowita prusaczka, czego zreszta mieszkancom Szczecina nie trzeba przypominac, jako ze pewnie kazdy palcem potrafi pokazac narozny dom na placu, gdzie sie urodzila i wyrastala i gdzie ja pieszczotliwie nazywano Fickchen, slowo dzis nadzwyczaj wulgarne, budzace natychmiastowe skojarzenia ze slynna pózniej nimfomania wladczyni, oznaczajace jednak w jej panienskich czasach osobe zywa, predka, ruchliwa. Encyklopedia PWN z roku 1992, jednotomowa i oszczedna w slowach, pisze o Prusach krótko: "Królestwo niemieckie powstale z Brandenburgii i Prus Ksiazecych, od 1618 roku polaczone unia personalna przez Hohenzollernów; panstwo o charakterze militarystycznym i biurokratycznym, rozrost terytorialny kosztem ziem polskich; po zwyciestwie nad Francja w roku 1871 proklamowanie cesarstwa niemieckiego pod hegemonia Prus; od 1945 roku panstwo zwiazkowe, ostatecznie zlikwidowane w roku 1947; terytorium jego na wschód od Odry i Nysy przypadlo Polsce i ZSRR, reszta w Niemczech." Ot, kunszt slowa! Jedno zdanie, trzy linijki i wszystko zostalo powiedziane. A rocznice tego "wszystkiego" bedziemy sobie teraz swiecic w Berlinie. Bo wprawdzie król koronowal sie w Królewcu, ale rezydencja wladców i stolica panstwa pruskiego byl Berlin. Beda wiec akademie ku czci, koncerty, przemówienia, parady, wystawy, goscie zagraniczni, beda pewnie jakies protesty, bo zawsze sie znajdzie ktos, komu takie festyny wadza. I wcale nie beda to obciazeni historycznie Polacy, lecz przede wszystkim lewicowo nastawieni intelektualisci, podchodzacy do slowa "Prusy" jak przyslowiowy pies do jeza. Bo Prusy to symbol imperializmu i militaryzmu, z którym latami lewica niemiecka nie potrafila sobie poradzic. Wspomnienie o Prusach bylo synonimem wstecznictwa. Wlasciwie dopiero wystawa pruska w roku 1981 przywrócila Niemcom samo slowo i obudzila na nowo zainteresowania historia Prus. Nas tez powinna ona interesowac, bo w koncu wiaze sie ona w sposób wrecz dotkliwy z nasza wlasna historia. Przyjemne jest jednak, ze obecne stosunki polsko-niemieckie sa na tyle dobre, iz nie musimy, jak kiedys, wysuwac wciaz na plan pierwszy tragicznej historii, tylko - zwiedzajac Berlin w styczniu 2001 roku, przejechac po historii ... na malej srebrnej hulajnodze. NOC Tradycyjnie juz co roku w Berlinie urzadza sie wielki Bal Prasy, w którym biora udzial najwazniejsze znakomitosci zycia politycznego i kulturalnego Niemiec. W tym roku glównym gospodarzem balu byla Polska, która pokazala sie od najlepszej, choc moze nieco zbyt stypizowanej strony - prezydent Kwasniewski, wystepy Mazowsza, bufet uginajacy sie od wedlin. Szynki i kabanosy wprawily berlinczków w oslupienie i poploch. Berlin to nie Bawaria nabita miesem jak dobre salami. Berlinski swiatowiec jada elegancko, drogo, malo i prawie bezmiesnie. A do tego jeszcze 16 (juz 16) krów zarazonych choroba wscieklych krów nie tylko wywolalo kryzys rzadowy i obalilo dwóch ministrów, ale przyprawilo cale Niemcy o atak histerii antymiesnej. A tu tymczasem polski bal zostal przysypany niewyobrazalnymi górami polskiej wedliny. Prasa zajmowala sie tym znacznie intensywniej niz glównym sloganem balu, z którego wynikalo, ze Polak i Niemiec to dwa bratanki, wczoraj, dzis i jutro i po wieki wieków amen. Oby! Niechze wiec wszystkim miesojadom, jaroszom, weganom i floranom (to tacy, co w ogóle nie jedza roslin, bo je kochaja i uwazaja za istoty zywe) bedzie na zdrowie i jezeli kabanos ma sie przyczynic do krzewienia przyjazni miedzy narodami to jako jarosz zdecydowanie popieram kabanosy. Balowa noc to jednak atrakcja nie dosc ze jednorazowa i elitarna, ale na dodatek droga - bilety wstepu kosztowaly 750 marek od osoby, bez konsumpcji - 600. Natomiast odbywajaca sie dwa razy do roku "dluga noc muzeów" (Lange Nacht der Museen) w Berlinie (tym razem 27 stycznia) jest jednoczesnie modna - na poprzednia, w sierpniu ubieglego roku przyjechala z Ameryki Yoko Ono - i wysoce egalitarna. Za 20 marek (ze znizka - 12) mozna od 18.00 do 2.00 w nocy jezdzic po calym miescie specjalnym autobusem muzealnym (Shuttle-Service) i zwiedzac doslownie wszystko, co wstawia sie i eksponuje w calym miescie, poczynajac od znanych instytucji, jak Galeria Malarstwa czy Muzeum Pergamonskie poprzez dziwne - na przyklad Polizeihistorische Sammlung czyli doslownie zbiory policyjno-historyczne i muzeum cukru - po zupelnie nieoczekiwane: Ambasada Meksyku, Fundacja imienia Adenauera czy koncern ubezpieczeniowy Allianz. Wystawy polaczone sa z koncertami, wieczorami autorskimi, spektaklami teatralnymi i filmowymi, przyjeciami. Sa tez okazja obejrzenia nowych berlinskich gmachów, do których zwykly smiertelnik nie zawsze ma wstep, jak chociazby wspomniana juz ambasada meksykanska: gmach z (pozornie!) ruchomych plyt marmurowego betonu w dzielnicy Tiergarten. W szklanym patio, w rytm tradycyjnej muzyki, od klasyki po zwykly kicz, oferuja Meksykanie wspólczesna sztuke, zakaski i ... piwo, tez z Meksyku. Innym ewenementem najblizszej nocy muzealnej jest pierwsza prezentacja przygotowywanej wlasnie stalej ekspozycji zatytulowanj Orakel (wrózba). W 1600 lat po Delphi powstaje na placu Mehringa na Kreuzbergu nowe europejskie swiete (?) miejsce przepowiedni i sztuki. Jezeli nawet nie wierzymy we wrózby, to i tak warto zobaczyc, co sie tam bedzie dzialo, zwlaszcza, ze Berlin "funduje" sobie z tej okazji rzezbe kontrowersyjnej i modnej rzezbiarki francuskiej, Niki de Saint Phalle. Z kolei na tzw. Kulturforum, czyli tam gdzie przed kilku laty, Polacy spontanicznie zorganizowali nielegalny targ, koniecznie trzeba zobaczyc wystawe "Surrealistyczne swiaty" w Galerii Malarstwa i "Grafike XX wieku" w Hali Wystawowej. W muzeum rzeczy w Martin-Gropius Bau na Kreuzbergu obejrzec mozna ... rzeczy, które wszyscy znamy, wszelkiego rodzaju kolekcje, a w muzeum rzeczy nieslychanych (Crellestrasse w dzielnicy Schöneberg) ... rzeczy rzecz jasna rzeczowo nieslychane, urzekajace panopticum dziwactw i niedorzecznosci. Berlinskie noce muzealne bardzo szybko staly sie tradycyjne i modne zarazem. To dlatego, ze w ogóle w cywilizacji przelomu tysiaclecia muzea zmienily sie z izby uczonego w park uciech dla tlumu. Do dobrego tonu nalezy umawianie sie w jednym z licznych muzeów, do jeszcze lepszego - pojechac gdziekolwiek i wiedziec, ze na pewno spotka sie kogos znajomego, bo to dopiero dobrze swiadczy o kregu ludzi, z którymi sie przyjaznimy. I rzeczywiscie - zawsze sie kogos spotka. Od razu uprzedzam - nie ma mowy o zapoznaniu sie z calym programem dlugiej nocy muzeów w Berlinie i na tym wlasnie polega jej atrakcyjnosc. Oferta jest celowo tak pomyslana, by kazdy znalazl cos dla siebie i by wrócil do domu z poczuciem niedosytu. Tak dziala reklama. Gdy minie styczniowa noc muzeów, mozna zaczac niecierpliwie wyczekiwac nocy sierpniowej. Berlin, styczen 2001 w dzien azjatyckiego Nowego Roku, roku Weza. LUTY - TRUPY Wydawaloby sie, ze w dzisiejszych czasach malo co jest jeszcze skandalem. Mieszkaniec wspólczesnej wirtualnej wioski wszystko widzial, wszystko zna, o wszystkim przynajmniej slyszal, a im wiecej widzial i slyszal, tym mniej go dziwi i oburza. A jednak wlasnie przydarzyl sie nam w Berlinie skandal. Z góry bylo wiadomo, ze to skandal. I wlasnie dlatego mamy go teraz w Berlinie. Skandal zaczal sie przed pieciu laty w Düsseldorfie i juz nawet miasto Oberhausen, o którym przecietny berlinczyk nawet nie slyszal, moglo sie naocznie przekonac, co to jest skandal, jakzez wiec moglibysmy my - mieszkancy stolicy i swiatowej metropolii - zyc w dojmujacej niemoznosci przezycia i przezucia skandalu. Tak sie zlozylo, ze skandal lezy dokladnie na trasie Berlin - Szczecin, a dokladniej na tzw. dworcu pocztowym (Postbahnhof), na tylach jednego z glównych dworców berlinskich, Ostbahnhof, skad co dwie godziny (10.07, 12.07, 14.07 i tak dalej) odjezdza pociag do Angermünde, z przesiadka do Szczecina. Tam to 10 lutego otwarta zostala wystawa pod tytulem "Körperwelten" - "Swiaty ciala". Oblicza sie, ze - wlasnie z uwagi na skandal - wystawe obejrzy ponad milion widzow. Moznaby zapytac, co jeszcze moze byc skandalicznego w ludzkiej anatomii, ktora stala sie przeciez czescia nauki biologii w szkole podstawowej. Wiec donosze, ze w berlinskiej wystawie anatomia nie jest niczym skandalicznym. Co wiec jest skandalem? Technika? Technicznie sprawa jest prosta. Gunther von Hagen, profesor medycyny z Heidelbergu, zastosowal byl do preparowania ludzkiego organizmu metode znana nam znakomicie z zupek liofilizowanych. Liofilizacja usuwa z materii organicznej wszelkie substancje plynne. W zupach, które byly technicznym osiagnieciem ery gierkowskiej, mozna bylo golym okiem obejrzec suche, twarde kostki czegos, co po ponownym kontakcie z woda stawalo sie pozywna marchewka i selerem. W ludzkich cialach spreparowanych w ten sposob przez von Hagena, usuniety plyn zostal zastapiony plastikiem, a calosc, podzielona na rózne anatomiczno-pokazowe czesci i plastry, zatopiona w brylach i plytach epoksydu. Trwalosc takiego preparatu nie ma sobie równych. Wszystkie dotychczas znane konserwy substancji organicznych - suszenie i wypychanie, formalina, spirytus, mrozenie - mialy dosc krótki zywot. Po jakims czasie wszystko moglo sie zepsuc, rozlozyc, wylac, stac pastwa myszy, moli i wszelkiego innego robactwa. Preparaty von Hagena sa sterylnie czyste i nierozkladalne, a ich trwalosc oblicza sie na sto tysiecy lat. Technika sama w sobie wiec tez nie jest niczym zdroznym ani skandalicznym. Nawet sam fakt wystawienia pouczajacych preparatów nie budzi jeszcze dreszczu emocji. Ale tu juz wreszcie, powoli zblizamy sie do sedna sprawy. A nawet - jezeli mozna uzyc takiej formy gramatycznej - do dwóch sedn naraz. Gunther von Hagen nie spreparowal, jak to bylo dotychczas dobrym zwyczajem naukowym, cial anonimowych, lecz osoby z krwi i kosci, z nazwiska, imienia i adresu, które przed smiercia przekonal do swej koncepcji. Ofiarodawcy cial pozostawili odreczne listy, w których upowazniaja von Hagena do przetworzenia i wystawienia ich doczesnych szczatków. A szczatki te zostaly przygotowane tak, by budzic posmak emocji, jak chociazby odarty ze skóry korpus mezczyzny, który na prawym ramieniu trzyma jak plaszcz swa wlasna skóre. Pierwszym skandalem jest wiec podejscie autora do prezentowanego obiektu. To juz nie nauka, ale jeszcze nie sztuka - to panopticum. Groza, okrucienstwo, potwornosc, czasem po prostu niezwyklosc sytuacji, wystawiona na powszechny oglad. I drugi skandal - bo wystawia sie to dla pieniedzy, dla zysku, poklasku, slawy. Gunther von Hagen nie jest artysta. Jest patologiem i specjalista. Jest fachowcem w dziedzinie rzadkiej, ale potrzebnej i pozytecznej. Nosi sie jednak jak wielki twórca i tak tez sprzedaje swoje dzielo swoje dzielo na swiatowym targowisku próznosci, przekraczajac tym samym dobre zasady przyswiecajace kazdej nauce, a przy tym jednoczesnie zasady dobrego smaku, taktu, szacunku dla pewnych niezbywalnych wartosci, jak zycie, smierc i godnosc czlowieka. Dla uciechy gawiedzi i zysku. W takim podejsciu do sprawy nie ma jeszcze nic nagannego. Dla uciechy gawiedzi i zysku nakrecono film "Hannibal" konczacy sie scena jedzenia ludzkiego mózgu, film, na który na pewno pójda miliony, ale zadnemu z autorów i producentów filmu nie przyszloby do glowy, by sprzedawac ten obraz jako obiektywny fakt naukowy, dajmy na to - socjologiczny. Intencja i tresc sie zgadzaja, do widza nalezy decyzja, czy chce pójsc do kina i obejrzec wspólczesnych kanibali. Pójdzie, wiedzac, ze decyduje sie na rozrywke dla gawiedzi. Wystawa "Swiaty ciala" teoretycznie odwoluje sie do zupelnie innych potrzeb ludzkich - do checi poznania swiata i siebie, a jednoczesnie podminowuje i dezawuuje te potrzebe, zamieniajac ja w ordynarny wojeryzm i plaska chec przezycia dreszczyka emocji. Moznaby von Hagenowi zarzucic tez brak pietyzmu w stosunku do swych obiektów. Ale, podobno, ofiarodawcy zostali w pelni poinformowani o tym, do czego posluza ich ciala. A jak bysmy nadal mieli watpliwosci, to informuje, ze jest juz cala kolejka tych, którzy sklonni sa zaplacic von Hagenowi grube pieniadze, po to tylko, by po smierci pocial, splastycyzowal (to nowe slowo) a potem wystawil ich zwloki. Ach - jeszcze jedno: Gunther von Hagen ma 55 lat, urodzil sie w miejscowosci Alt-Skalde kolo Poznania (ale w moich madrych ksiazkach nie znalazlam, co to jest), studiowal medycyne w NRD, skad w roku 1968 próbowal uciec, przesiedzial dwa lata w wiezieniu i w roku 1970 zostal wykupiony przez RFN. Na plastycyzacja cial pracuje od lat 70. I jeszcze jedno: Kosciól stanowczo potepil wystawe "Swiaty ciala". Co do reszty watpliwosci, niech moi czytelnicy zadecyduja sami. Wystawa jest czynna do 1 lipca, w godzinach od 9.00 do 23.00. Bilet wstepu kosztuje 22 marki (studenci -16 marek, uczniowie - 10). Kolejka - w chwili obecnej okolo godziny, w weekend - dluzej. MARZEC DLA KOBIET BEZ PSÒW Po raz pierwszy od kilkudziesieciu lat w Berlinie odbyl sie pochód karnawalowy. Jest to pierwszy i byc moze z czasem sie okaze, ze najwazniejszy skutek uboczny pobytu "bonczyków" w nowej stolicy zjednoczonych przed 11 laty Niemiec. W kregach dobrze poinformowanych przebakuje sie, ze kanclerz Schröder musial nakazac przymusowy karnawal w Berlinie, bo inaczej pomiedzy tlustym czwartkiem a sroda popielcowa w stolicy nie uchowalby sie zaden urzednik. Berlinczycy potraktowali te nowinke stosunkowo przychylnie, ale bez szalenczego entuzjazmu - ponoc w zabawie na wzielo udzial 150 tysiecy osób, co jest liczba raczej skromna. W Kolonii, która jest bezsprzecznie stolica europejskiego karnawalu, wazniejsza nawet od Wenecji, w pochodach przebieranców i hulankach bierze udzial milion osób, a zwazmy ze na stale mieszka tam dokladnie tyluz mieszkanców, a w Berlinie cztery razy wiecej. Znacznie zywiej zareagowali berlinczycy na wprowadzone z poczatkiem postu restrykcje dotyczace przewozu psów w srodkach komunikacji miejskiej. Male pieski maja jezdzic w klatkach, no, powiedzmy, w zamknietych koszykach, co zreszta jest tylko pewnym uklonem w strone sentymentalnie nastrojonych obserwatorów, bo wiezniowi pewnie wszystko jedno czy klatka czy koszyk, skoro jest wiezniem. Duze psy musza miec kaganiec, psów bojowych podobnie jak innych materialów zracych przewozic nie wolno w ogóle. Do sprawy wtracilo natychmiast swoje trzy grosze Towarzystwo Opieki nad Zwierzetami, które zwietrzylo w tym nakazie paskudne nielubienie zwierzatek. Jakby nie dosc bylo ohydnych szykan ze strony miasta, to jeszcze nagle sie okazalo, ze internet, ta oaza wszelkiej swobody, sprzymierzyl sie z purytanami i pruderia i do Wielkanocy sugeruje post erotyczny. Przy tej okazji podano do wiadomosci, ze wedle statystyk jedna trzecia wszystkich uzytkowników sieci korzysta z niej tylko po to, by ogladac strony pornograficzne. Zaprzyjazniona dziennikarka natychmiast wkroczyla do akcji czyli do sieci i wpisala do wyszukiwarki najpierw haslo "Berlin + pornografia", a potem "Berlin + milosc romantyczna". Otóz donosze z Berlina, ze w takiej konstelacji uzyskuje sie 10 razy wiecej stron milosnych niz pornograficznych! Obie odetchnelysmy z ulga i doszlysmy do wniosku, ze swiat bywa wprawdzie gdzie niegdzie niegodziwy, ale w tak zwanej ogólnosci jest bardzo dobrze i wszyscy sie kochaja. Chociaz... Kto wie... Bo oto pani Adele Landauer, mloda atrakcyjna aktorka i przedsiebiorcza menadzerka, rozpoczela dokladnie w tym samym czasie cykl posiedzen pod haslem "kobiety do broni!", ach nie, to haslo zaplatalo mi sie z zupelnie innych czasów. Tytul warsztatów pani Landauer brzmi wprawdzie po polsku "Sila kobiecego uroku", ale po niemiecku uzyte w tym miejscu slowo "Ausstrahlung" oznacza jednoczesnie radiacje, emisje i promieniowanie. Oczywiscie chodzi o "tajemna bron" czyli wdziek. Pania Landauer poinformowala 150 swych super eleganckich sluchaczek, ze mezczyzni slysza tylko 8% tego, co sie do nich mówi!!!!! Osiem procent, panie i panowie. Reszta zas jest nie tyle milczeniem, bo kazda z nas mówi równiez owe pozostale 92%, ile zwykla marnacja. Przypomina to zreszta slynna dewize specjalistów do spraw reklamy. Kazdy wie, ze polowa pieniedzy wydawanych na reklame idzie na marne, niestety nikt nie, wie która to polowa. Przyznajmy, ze reklamowcy maja lepiej niz kobieta. Ja zreszta zawsze podejrzewalam moich mezczyzn, ze albo nie sluchaja, albo nie slysza, albo jedno i drugie. No wiec nie sluchaja i nie slysza! A wrazenie na nasz temat wyrabiaja sobie na podstawie owego wlasnie promieniowania. Do boju moje panie... Dzien kobiet sie zbliza, i skoro nikt nam juz nie daje 10 deka kawy Santos, rajstop i smetnego tulipana w celofanie (a tak bylo przyjemnie!) to nie warto sie o to dopominac slownie. Po prostu raz seria z osobistego lasera i gotowe! KWIETNY KWIECIEN KOPANICA VEL KÖPENICK Czy pisalam juz, ze wiosna jest najladniejsza pora roku w Berlinie? Na wszelki wypadek napisze znowu o wiosnie, bo wlasnie przyszla, a nawet nie tyle przyszla, co wybuchla jak nagla burza kwitnacych krokusów i zieleniacych sie drzew. Berlin jest miastem pelnym lasów, parków, ogrodów, skwerów i zielenców, a w ostatnim czasie miasto opanowalo istne szalenstwo sadzenia wiosennych kwiatów, przede wszystkim krokusów. Sadzi sie je wielkimi nieregularnymi kepami doslownie wszedzie, gdzie tylko jesienia da sie wetknac cebulke. Pierwsze krokusy pojawiaja sie w polowie marca, ale sa marne i niewyrazne, jakby zakatarzone, ale wystarcza dwa trzy dni slonca i Berlin po prostu tonie w zóltych i fiolkowych kaluzach. O czym donosze z najwyzsza przyjemnoscia, przypominajac, ze ze Szczecina jest blizej do Berlina niz do Warszawy, a moda sie znowu zmienila: blady róz, wodny blekit, nogawki spodni rozciete na dole z przodu albo z tylu albo po bokach oraz tak zwane blizniaki. Panie z mojego pokolenia na pewno pamietaja, co to byly blizniaki, takie male super-cuda, jedno na drugim, sweterki-marzenie, w niczym nie przypominajace towarów z emhade i spolem. Blizniaki kupowalo sie w komisie, ale naprawde dorastajace panny rzadko kupowaly cos w komisie, wiec ogladalo sie je na róznych doroslych paniach. A teraz prosze, mozna isc do sklepu i kupic, jak sie dobrze poszuka to juz i za 30 marek trafi sie blizniak po prostu czarujacy... A jak mi juz wiosennie zeszlo na wspominki, to zapytam, czy pamietacie Panstwo, kto bil pierwsza monete slowianska? Oczywiscie: Jaksa z Kopanicy. Kopanica to Köpenick, najbardziej na poludniowy-wschód wysunieta dzielnica Berlina, polozona na wyspie u ujscia rzeki Dahme do Szprewy, czyli jak ja Kraszewski nazywal Szprei. Próbuje sobie przypomniec jak wygladal ów brakteat Jaksy, moneta tak cienka, ze bita tylko jednostronnie. Najpierw zdawalo mi sie, ze Jaksa z monety siedzial na tronie z wlócznia w garsci, ale gdy to napisalam, to wydalo mi sie, ze tak to raczej wygladal cesarz Rzeszy Niemieckiej Otto I, a Jaksa z reszki mial zaledwie niewyrazny zarys glowy z jakas taka toporna korona... I tak sie zaplatalam we wspominkach, ze juz sama nie wiem, a nie mam gdzie sprawdzic, bo zycie odlaczylo mnie na dobrych kilka tygodni od internetu i niestety nie mam pod reka odnosnego podrecznika czyli tak zwanej "duzej czerwonej historii", w której ów Jaksa widnial mitycznie prawie na samym poczatku opaslej ksiegi... No w kazdym razie Jaksa zyl w XII wieku, byl ksieciem slowianskiego plemienia Stodoran, jego panstwo-miasto na wyspie nazywalo sie Copnik czyli kopa czyli góra albo halda, a do Köpenick jedzie sie kolejka miejska, a potem tramwajem lub autobusem, a najlepiej ze stacji na piechote, przez mosty, do glównego placu, albo na wyspe z palacem mysliwskim z XVI wieku (dzis muzeum rzemiosla artystycznego) lub prosto nad któres z licznych jezior. Köpenick przeszlo jednak do historii a z historii do literatury nie z uwagi na Jakse, lecz z przyczyny niejakiego Wilhelma Voigta, szewca, który ponad pól zycia spedzil w wiezieniu za rózne drobne przestepstwa. W roku 1906 Voigt po raz kolejny wyszedl na wolnosc i postanowil zaczac uczciwe zycie. Uwiklany w biurokratyczne niemoznosci - bez zameldowania nie ma pracy, bez pracy zameldowania - Voigt, kupil w sklepie ze starzyzna mundur kapitana. Mundur byl Cesarstwie Pruskim taka sama przepustka do normalnego, ba, dobrego zycia, jak w dzisiejszych czasach elegancki garnitur firmy Armani. Przebrany za kapitana Voigt najpierw podporzadkowal sobie oddzialek przechodzacych ulica zolnierzy, po czym udal sie w ich towarzystwie do ratusza, gdzie aresztowal burmistrza i zarekwirowal kase. Na zakonczenie zabawy, nazwanej pózniej przez prase "köpenickiada", samozwanczy kapitan, zanim kazal zolnierzom odprowadzic wieznia na posterunek do Berlina, fundnal im jeszcze po piwie z kielbaska. Szewski zart odbil sie echem w calych Prusach, podobno nawet cesarz mial sie usmiac do lez, co sprawilo, ze Voigt zostal wprawdzie znowu skazany, ale tez i dzieki lasce cesarskiej szybko wypuszczony na wolnosc. Voigt zarabial odtad na zycie, wystepujac w cyrku, piszac pamietniki i sprzedajac pocztówki z wlasna podobizna i autografem. W roku 1931 Carl Zuckmayer napisal sztuke pt. "Kapitan z Köpenick", w której surowo rozliczyl sie z pruskim posluszenstwem, biurokracja i militarnym drylem. Po kilkudziesieciu latach jednak, gdy cala sprawa przestala juz byc zenujaca, a stala sie po prostu zabawna, dzielnica Köpenick wykorzystala historie Voigta jako atrakcje turystyczna. W ratuszu obejrzec mozna wystawe "o zyciu i dzielach" Wilhelma Voigta, przed portalem znajduje sie rzezba przedstawiajaca "köpenickiade", a jej inscenizacja co roku w czerwcu inauguruje lokalne swieto, tak zwane "lato w Köpenick". To jednak latem, teraz w Köpenick kwitna krokusy. ULICE KWIETNIOWE 20 kwietnia jest w Niemczech specjalna data, co wiedzialam juz od zawsze, bo moja ezoteryczna babka taka, co to miewala i sny prorocze, i sprawdzajace sie co do joty przeczucia, przekazala mojej matce, ta zas przekazala mi informacje o tzw. dekadzie ciemnej gwiazdy. W dzisiejszych czasach, gdy kazdy kulturalny czlowiek zna nie tylko koncerty brandenburskie Bacha, kobiety Renoira i kwiaty Prousta, ale - dzieki "Wrózce" - dysponuje niezbedna wiedza na temat gwiazd i horoskopów, nie musze pewnie zbyt dokladnie wyjasniac, co zacz dekada w ogólnosci, bo w koncu kazdy banalny horoskop gazetowy dzieli sie na trzy równe czesci czyli trzy dekady, a nad kazda z nich czuwa odnosna boska planeta, i jest tylko jedna dekada, dla której nie ma patrona i która przynosi zlo i pecha,dekada od 20 do 30 kwietnia, a moja swietej pamieci babka zawsze powtarzala, ze najlepszym dowodem ciemnosci ciemnej dekady jest fakt, ze urodzili sie wtedy Hitler (20 kwietnia) i Lenin (22 kwietnia), a mówila to w mrocznych czasach stalinizmu. Zdanie mi sie napisalo prawie jak Andrzejewskiemu w "Ciemnosci kryja ziemie", ale w koncu odniesienie jest odpowiednie, bo ciemne. Wiec co roku 20 kwietnia w róznych czesciach Niemiec, przede wszystkim jednak w Brandenburgii rózne ciemne typy próbuja urzadzic rózne pochody i obchody rocznicy urodzin Führera. Byc moze w celu odczarowania w tym roku w dzien pózniej czyli 21 kwietnia w Poczdamie, stolicy Brandenburgi (jakby kto nie wiedzial to juz moze udawac, ze zawsze wiedzial) otwarta zostanie krajowa wystawa ogrodnicza - Bundesgartenschau - jak wszystkie niemieckie tasiemce jezykowe oczywiscie zgrabnie skracana do czterech liter: Buga. Poczdam nie lezy wprawdzie w Berlinie, tylko (patrz wyzej) jest stolica odrebnego niemieckiego kraju zwiazkowego, ale poniewaz mozna tam dojechac kolejka miejska prosto z centrum Berlina, wiec chyba mam prawo (a moze nawet obowiazek) doniesc szanownym Czytelnikom o otwarciu Bugi w Poczdamie, zwlaszcza ze odbywajace sie co dwa lata wystawy sa rzeczywiscie uczta duchowo-wzrokowa dla wszystkich milosników kwiatów. Nowoscia poczdamskiej Bugi jest jest fakt, ze wystawa obejmie nie tylko tereny parku palacowego, lecz obejmie swym zasiegiem cale miasto. Kazda Buga ma swoje charakterystyczne cechy i kwiaty. Pamietam Buge w Berlinie przed 16 laty, kiedy to glówna roslina byla fuksja, w tym roku natomiast latem skoncentrujemy sie na lawendzie i rózach, natomiast wiosna miala stac pod znakiem tulipanów, a to dlatego, ze Poczdam lezal na bagnach, zostal osuszony przez Holendrów i do dzis w miescie mozna obejrzec swietnie zachowane domy i ulice holenderskie. Niestety wiosne mamy w tym roku raczej zimna i kwiaty ogólnie, a tulipany szczególnie nie kwitna tak kwieciscie, jak by tego chcieli organizatorzy. Cos jednak pewnie bedzie mozna obejrzec w ten piatek 21 kwietnia, kiedy to na otwarcie wystawy przyjedzie ze swita kanclerz Schröder. Jak sie bowiem jesienia wsadzi do ziemi 110 000 cebulek, to przeciez nawet mimo zimna jakies co odwazniejsze kwiaty wytkna nosy. Organizatorzy nieco markotnie przyznaja jednak, ze park spowijac miala delikatna zielona mgielka nowych lisci, a trawniki buchac pelnia kolorów. A tu nic. Tulipany mizerne, narcyzów wcale jeszcze nie ma. Kwitnie przede wszystkim to, co wyhodowano w cieplarniach: bratki, prymulki, hiacynty, ale za to masowo, kwiatków ma byc ponoc 185 000. Podobno najladniej bedzie jednak za jakies dwa-trzy tygodnie czyli w pierwszej polowie maja. Buga trwac bedzie dokladnie 170 dni, a oprócz kwiatów przygotowano równiez ponad 200 imprez, glównie koncertów, ale beda tez pokazy fajerwerków, wystepy teatralne, wieczory autorskie. Do 7 pazdziernika organizatorzy spodziewaja sie 2,5 miliona gosci, w tym ok. 10% z zagranicy. Na Buge, prosze Panstwa! Czekaja na Was! PS. zebyscie Panstwo nie mysleli, ze ja tak tylko o kwiatkach, ptaszkach i motylkach i o niczym innym nie potrafie. Tegoz samego 21 kwietnia odbywa sie w Berlinie, w parku "ojczulka" Jahna, patrona niemieckiej gimnastyki, mecz footbolu amerykanskiego. Zespól Blyskawice z Berlina gra ze Smokami z Barcelony. A w maju przyjezdza do Berlina Nick Cave. MAJ - NIECH SIE SWIECI Straszne rzeczy. Jedna straszniejsza od drugiej. Bo na przyklad nie wiadomo, czy w ogóle, a jesli tak to, kiedy i gdzie odbedzie sie Love Parade, najwieksza masowa impreza Berlina, w której bral udzial ponad milion mlodych ludzi. Od ponad miesiaca organizatorzy walcza z miastem o prawo do "uzycia" ulicy 17 czerwca (17 Juni) na tradycyjnej trasie od Bramy Brandenburskiej do Kolumny Zwyciestwa, a wiodacej przez wielki park Zwierzyniecki (Tiergarten). Juz rok temu donosilam, ze podczas Parady Milosci muzyka ryczy na caly regulator, a mlodzi ludzie halasuja, smieca i siusiaja w parku, co jest zabójcze dla roslin i zwierzat. W tym roku w tym samym miejscu i terminie, 14 lipca, odbedzie sie demonstracja przeciwników parady, którzy inteligentnie zdolali sie zarejestrowac, zanim autor parady, doktor Motte, wystapil do policji o zezwolenie na jej urzadzenie. Sytuacja jest, prawde mówiac bez wyjscia, bo prawnie wszystko jest w najlepszym porzadku, ale mimo to organizatorzy i miasto próbuja znalezc jakies rozwiazanie. Rozwaza sie urzadzenie parady w tym samym dniu, ale w innym miejscu, badz w tym samym miejscu, ale za to tydzien pózniej. Na razie nikt nic nie wie. Wiadomo natomiast, i to jest kolejna straszna informacja, ze te same wladze, odpowiedzialne za wydawanie zezwolen na pochody, zabawy i wszelkie inne imprezy uliczne, przyzwolily na urzadzenie nazistowskiej demonstracji pierwszomajowej, nie zgodzily sie natomiast na taka sama demonstracje tradycyjnie od cwierc wieku organizowana przez lewicowych autonomów na Kreuzbergu. Jako uzasadnienie podano, ze lewicowe demonstracje - tylko na mily Bóg, prosze nie mylic ich z oficjalnym pochodem, który jest stateczna przechadzka polityków - prowadza do rozruchów. To oczywiscie prawda. Co roku na Kreuzbergu odbywa sie regularna bitwa miedzy demonstrantami i policja. Ale mimo to o tegorocznej decyzji mozna powiedziec w stylu Talleyranda, ze to gorzej niz zbrodnia, bo blad. Blad, bo autonomi i rozzloszczona mlodziez i tak 1 maja zamienia Kreuzberg w pole bitwy, a do tego Berlin po raz kolejny kompromituje sie politycznie na skale miedzynarodowa. Bo gdybyz jeszcze zakazano po równi demonstracji nazistowskich i lewicowych, to i tak by doszlo do jatki, ale miasto przynajmniej zachowaloby twarz. A tak caly swiat obiegla wiadomosc, ze w Berlinie moga demonstrowac nazisci, a nie moze lewica. Jezeli wladze chcialy sie skompromitowac, to nie mogly wykonac lepszego posuniecia. Jezeli natomiast chcialy sprowokowac lewice do spektakularnych walk, to oczywiscie zamysl powiódl sie w pelni. Co lepsze, demonstracje na Krezbergu, które w ostatnich latach zaczely tracic na znaczeniu, zamieniajac sie w rytualny obrzed lewicowy, istotny co najwyzej jako polityczna inicjacja nastolatków, zdecydowanie poprawia swój image i odzyskaja utracone szerokie poparcie spoleczne. Bo na Kreuzbergu nadal wprawdzie mieszkaja ci sami ludzie, którzy przed 20 i 30 laty walczyli jak stracency przeciw kapitalistom o lewicowe idealy i lepszy swiat, ale oczywiscie czas zrobil swoje i ówczesni buntownicy ustatkowali sie dzis tak dalece, ze zartobliwie nazywa sie ich mieszczanstwem ekologicznym lub obywatelami "muesli". Ci szlachetnie dlugowlosi, przyjemni brodacze i ich alternatywne zony w dlugich plóciennych sukniach, z wlosem rozwianym, a siwym, wyjezdzaja w niedziele na rowerach za miasto, pakujac do estetycznych koszyków piknikowych miodowe ciastka z orkiszu i salatki z kielkami zbóz, i nie rzucaja juz kamieniami, nie buduja barykad i nie podpalaja samochodów policyjnych. Tym niemniej wciaz mozna na nich liczyc, gdy trzeba zaprotestowac przeciw niesprawiedliwosci lub wystapic publicznie, zwlaszcza wtedy, gdy zagrozony zostaje system demokratyczny. Ta grupa od dawna juz przestala sie utozsamiac z agresywnymi buntownikami w welnianych czapkach, zaslaniajacych twarze, ale staje w ich obronie, gdy wladza zabrania demonstracji zamaskowanym autonomom, a pozwala na marsz lysych mezczyzn w panterkach, skórzanych kurtkach i butach wojskowych, maszerujacych pod haslem "Niemcy dla Niemców" i "Jestem dumny, ze jestem Niemcem". 1 maja wszyscy ci ludzie spotkaja sie gdzies w Berlinie, najprawdopodobniej na Kreuzbergu... Dziwi mnie mój Berlin pod koniec kwietnia 2001 roku. Dziwi, bo obie te decyzje - ta w sprawie Love Parade i ta w sprawie 1 maja - odslaniaja wprawdzie niespójny politycznie, ale za to zdecydowanie prowincjonalny obraz miasta, które jest jedna z najwiekszych stolic europejskich, a chetnie przyznaje sie do miana "stolicy swiatowej". I wtedy okazuje sie, ze nie wystarczy zbudowac dziesiatków szklanych palacy, podziemnych tuneli i stacji metra, zeby stac sie wielkim miastem. Wielkie miasto musi umiec radzic sobie rozsadnie i bez histerii z róznymi problemami spolecznymi i musi wypracowac pewien logiczny image - albo jestesmy malym miastem prowincjonalnym, w którym dba sie o ptaki, ale wtedy nie powinnismy zrazac do siebie ekologicznej lewicy, albo jestesmy miastem prawicowym, ale wtedy co nas obchodzi demonstracja ekologiczna na trasie milionowej parady, albo jestesmy miastem swiatowym i popieramy wszystko, co buduje pozytywny wizerunek naszego miasta, albo wreszcie jestesmy miastem silnej reki i obostrzonych rygorów policyjnych, wtedy nie powinnismy pozwalac na nic i swiety spokój... Przyznaje, ze sama nie wiem, jaki z tych Berlinów najbardziej by mi sie podobal, ale taki jaki jest teraz wydaje mi sie bez sensu. LOVE PARADE I MILOSC DO ZWIERZAT Amor omnia vincit, pisywali barokowi poeci. Milosc zwyciezy. I rzeczywiscie. Zwyciezyla. Mowa, jak juz donosilam o Love Parade. Jej przeciwnicy, powodowani miloscia do zwierzat, urzadza w dniu 14 lipca demonstracje w miejscu i porze, kiedy w Berlinie spotkac sie mieli raverzy i technicy (tak sie to pisze? mam oczywiscie na mysli milosników muzyki techno, okreslanych w Berlinie zawsze jako "scena"), czyli na trasie od Kolumny Zwyciestwa do Bramy Brandenburskiej. Trasa wiedzie przez piekny park angielski, w którym rzeczywiscie po wielogodzinnym ubawie zwanym parada milosci zostaja ruiny, zgliszcza i trupy. Widzialam na wlasne oczy w zeszlym roku. Wybralam sie na spacer. Park smierdzial moczem i piwem, smieci juz wprawdzie uprzatnieto, ale na wydeptanej trawie lezaly zdechle ptaki, myszy, motyle, jeze... Rozumiejac zatem intencje rzeczników ochrony przyrody, staram sie jednak zrozumiec równiez decyzje miasta, które nie chce zrezygnować z takiej imprezy. Podobnie jak Sylwester tak i Love Parade staly sie dla mlodziezy symbolem Berlina, przyciagajac co roku coraz wiecej ludzi. Jest to dla miasta zarówno reklama jak zarobek i w ciagu ostatnich tygodni toczyay sie dlugie i zazarte dyskusje o to, czy, a jesli tak, to gdzie i kiedy mozna bedzie zorganizowac Parade Milosci. Wreszcie postanowiono, co nastepuje: Love Parade 2001 odbedzie sie o tydzien pózniej niz planowano, a wiec 21 lipca na tradycyjnej trasie czyli przez park. Zabawa zaczyna sie o 14.00 na dwóch przeciwleglych placach - na Zachodzie jest to Ernst Reuter Platz, na Wschodzie - Plac przed Brama Brandenburska. Samochody z muzyka i pochody przesuwaja sie w obu kierunkach, dochodza okolo 17.30 do przeciwleglego kranca, zawracaja i o godzinie 20.00 docieraja pod kolumne Zwyciestwa, gdzie odbedzie sie demonstracja, a wszystko pod haslem: Join The Love Republic. A skoro jestesmy juz przy muzyce, to informuje, ze w przyszlym miesiacu w Berlinie ma wystapic Madonna z koncertami, zaplanowanymi na 19/20 oraz 22/23 czerwca. Czy jednak naprawde wystapi nie wiadomo. Po ostatnich doswiadczeniach z Duesseldorfu, gdzie artystka na dwa dni przed terminem odwolala wystepy, osmiele sie poradzic, zebyscie panstwo nie kupowali sobie biletów u konika. Opowiada sie bowiem dramatyczne historie o ludziach, którzy placili nawet po 1500 marek za bilet, a którzy teraz, skoro koncerty odwolano, dostana zwrot kosztów normalnego biletu czyli 200 marek. A skoro jestesmy juz przy pieniadzach, to przypominam wszystkim, którzy od lat przechowuja po katach i w skarpetkach stówy od wujka z Kolonii lub piecsetki zarobione na zbieraniu szparagów w Beelitz (to akurat bardzo aktualne, bo maj jest miesiacem truskawek i szparagów, a ogrodnicy z Beelitz twierdza, ze nikt lepiej nie wybiera szparagów niz Polacy) no wiec, zeby te pieniadze starannie wydac do konca biezacego lub - ale to juz najnajpózniej i w ostatecznosci - do marca przyszlego roku, bo taki porzadny pieniadz jak niemiecka marka, symbol solidnosci waluty europejskiej, odchodzi bezpowrotnie do historii i lamusa. Od miesiecy przyucza sie nas gluptaków do prostego faktu, ze bedziemy sie teraz poslugiwac waluta zwana euro, co Niemcy wymawiaja jak "ojro", a i tak na pewno czesc z nas obudzi sie pierwszego kwietnia 2002 roku z reka w nocniku czyli zapasami nieaktualnych banknotów po kieszeniach. No, po kieszeniach moze nie, ale w ksiazkach. Wiem cos o tym, bo mam szczególny talent do siegania po ksiazki, w których ktos trzyma zaskórniaki. Nie uwierza Panstwo, ile pieniedzy juz znalazlam, zlotówek, marek, dolarów, odwiedzajac znajomych i siegajac po dowolna ksiazke, w chwili gdy pan domu wyszedl po wino, a pani domu krzyczala na dziecko w sasiednim pokoju. Lub na odwrót. Zastanawia mni, czy taki talent w przededniu wymiany pieniedzy nie dalby sie intratnie... spieniezyc, ale pewnie nic z tego nie bedzie, bo nie mam czasu. Musze mianowicie, skoro juz byla w tym felietonie mowa o zwierzetach, koniecznie pojechac do Tierparku, Zwierzynca, którego nie nalezy mylic ani z Tiergarten ani z Zoo w zachodniej czesci miasta. Tierpark lezy na Wschodzie, nieco na poludnie od dworca Lichtenberg, i mozna w nim obejrzec malutkiego, nowonarodzonego slonika, który urodzil sie w zeszlym tygodniu i jest, jak donosi prasa, rózowy. Podobno wszystkie slonie rodza sie rózowe, ale jakos nigdy przedtem o tym nie slyszalam. A to juz trzeci slonik, jaki urodzil sie w Tierparku w ostatnich latach, poprzednie dwa widzialam, jeden byl taki maly, ze trzeba go bylo stawiac na skrzynce po jablkach, zeby mógl siegnac traba do brzucha mamy slonicy. Obejrzalam tam tez pewna sloniowa scene rodzinna. Mama i male byly w jednej klatce, wielki i ponury tata - w drugiej. Male jadlo, a tata zza betonowej sciany muczal donosnie i co i raz siegal traba do klatki zony. Wzruszyla mnie ta scena niepomiernie, o maly wlos, a rozplakalabym sie, az tu nagle meska traba natrafila wreszcie na to, czego tak uporczywie szukala czyli na wielka galaz! Przemyslnie nia obracajac pan i wladca wyciagnal konar z klatki zony, przeniósl do swojej, gdzie ja spokojnie pozarl. Tyle o milosci rodzinnej. A skoro juz jestem przy Tierparku, to sa tam tez trzy pary polskich bocianów, najswiezszy podarunek prezydenta Warszawy dla burmistrza Berlina, wreczony w dniu 7 maja z okazji rozpoczecia tygodnia polskiego w Berlinie. Ale o tym na pewno pisza obszerniej oficjalni korespondenci, dlatego pozwolilam sobie pozostac przy milosci i zwierzetach. CZERWIEC Swieto ludowe Pamietam to dziwnie metnie i na pewno niewiernie, ale wydaje mi sie, ze w dzien Zeslania Ducha Swietego, niejako w celu odczarowania katolickich konotacji, organizowano za komuny tak zwane Swieto Ludowe. W niejasnych wspomnieniach miesza mi sie zapach tataraku, na pewno pogansko-ludowo-katolicki, z jakimis umajonymi ciezarówkami, z których sprzedawano kielbase wyborcza i piwo. Potem przyjechal Papiez, przywrócil Zielonym Swiatkom ich boskie znaczenia, Swieto Ludowe odeszlo w niepamiec, aby "przylapac" mnie w Berlinie w roku 2001. W niedziele zielonoswiateczna odbywa sie bowiem w Berlinie wielki uliczny festyn kultur, prawdziwe swieto ludowe i ludyczne. Zaczelo sie z dziesiec lat temu od bezplatnych koncertów ulicznych kapel folkowych i folklorystycznych, istniejacych naówczas w Berlinie. Z czasem wystepy rozszerzyly sie o grupy taneczne, przede wszystkim, na wzór latynoski, szkoly samby, tanga i flamenco, a wokól koncertujacych i tanczacych cudzoziemców rozbudowywal sie bazar, pelen straganów z egzotycznym jedzeniem, piciem, kiczem i dobra nowina. Do festynu dolaczyly szkoly sportów azjatyckich, meksykanskie restauracje, specjalistyczne ksiegarnie, biura podrózy i wreszcie rózne instytucje zajmujace sie na stale czy doraznie sytuacja cudzoziemców w Berlinie. To one wlasnie glosza dobra nowine, ze "mozna inaczej", bez nienawisci, przemocy i politycznych manipulacji. Gdy przed dziesieciu laty Dom Kultur Swiata (Haus der Kulturen der Welt) zorganizowal pierwszy Festiwal Kultur, chodzilo przede wszystkim o pokazanie barwnej i róznorodnej mieszanki kultur, jaka jest Berlin. Badz co badz mieszkaja tu nie tylko Niemcy oraz trzy najwieksze mniejszosci, czyli Turcy, Jugoslowianie i Polacy, ale przedstawiciele ponad 200 krajów i kultur. Po dziesieciu latach Festiwal Kultur dawno przestal byc pokazem, stajac sie jedna z najwiekszych, a na pewno najprzyjemniejsza impreza masowa stolicy, która cechuje niewymuszona, wolna od politycznej obludy, tolerancja, autentyczne poczucie bycia razem, spontaniczna radosc widzów i uczestników. To ostatnie jest chyba najwazniejsze. Festiwal sklada sie z parady zarejestrowanych grup (w tym roku okolo 200), bazaru i ulicznej zabawy. Wsród uczestników parady przewazaja oczywiscie berlinczycy, przyjezdzaja jednak rózne grupy z Niemiec i z zagranicy. Odnotowalam na przyklad umajona ciezarówke (a jednak!) z Boleslawca. Ludowa kapela rznela od ucha do ucha jakies obertasy, a za samochodem podazala tanecznym krokiem grupa krakowiaków i górali. Nie wiem czy byly inne polskie wozy. Pogoda niestety nie dopisala, bylo zimno i chyba nikt nie byl w stanie obejrzec calego corso, które zaczynalo sie w poludnie i trwalo do póznego wieczora. Przez caly week-end wsciekle lalo, wiec i tak trzeba swietemu Piotrowi zapisac na plus, ze w niedzielne popoludnie zapewnil nam jaka-taka pogode i dopiero w nocy przyslal z powrotem wichry i ulewy. Tegoroczna zabawa nie byla wiec az tak wspaniala, jak rok temu, kiedy to z kolei smazylismy sie w upale godnym Sahary, ale i tak nastrój byl znakomity. Przede wszystkim z roku na rok jest coraz wiecej uczestników, w tym roku liczono sie z udzialem prawie miliona ludzi, a widzowie juz dawno przestali byc tylko widzami. Przychodza przebrani w ludowe stroje przywiezione z wakacyjnych urlopów, albo po prostu przebrani - mezczyzni w cylindrach, kobiety w szalach i hipisowskich sukniach, dzieci w kostiumach z zabaw karnawalowych, w tym roku przede wszystkim jako Harry Potter i jego banda czarownic i magów. Kto zaniedbal obowiazku przebrania sie, moze jeszcze szybko dokupic na straganach jakis folklorystyczny element - sarong, dzelabije, stozkowaty chinski kapelusz, a w najgorszym razie potargac wlosy, pomalowac szminka twarz, przypiac jakies kwiaty lub ziola. Kiedys widzowie przynosili krzeselka i, w zaleznosci od pogody, termosy, koce, parasole. Z czasem pojawily sie drabinki, z których oczywiscie lepiej widac. Teraz jednak nie ma mowy o gapieniu sie, bo trzeba sie czynnie wlaczyc do zabawy. Przynosi sie bebenki, tamburyny, gwizdki i piszczalki. Bebenki sa najwazniejsze. Grupy bebnistów zdominowaly w festiwalu nawet szkoly samby, a wsród widzów rozpetala sie istna orgia bebnienia wszystkim we wszystko. Przez dwanascie godzin caly Kreuzberg huczal od bebnów jak afrykanska dzungla. Zabawa toczy sie nie tylko na ulicy. Ludzie tancza na balkonach i sypia z góry kolorowe confetti. Festiwal Kultur jest zabawa dla wszystkich niezaleznie od koloru skóry, ale dzieki ogólnej tolerancji, która przyswieca calej imprezie, jest po prosta impreza dla wszystkich, pozwala na swobodny udzial w zabawie dzieci, kalek, starych mezczyzn i grubych kobiet. W przeciwienstwie Love Parade, która jest ewidentnie zabawa mlodych, zgrabnych, pieknych i zamoznych, Festiwal Kultur jest prawdziwym swietem ludowym dla kazdego. Dla tych z Panstwa, którym narobilam teraz apetytu na etnograficzna rozrywke, od razu informacja: od 28 czerwca do 1 lipca odbywa sie w Poczdamie drugi festiwal afrykanski. W sobote 30 czerwca zaplanowano parade uliczna na deptaku Brandenburger Strasse. Przy okazji mozna obejrzec Buge czyli wielka wystawe ogrodnicza, a po powrocie do Berlina zdazyc jeszcze na wystawe polskiego plakatu teatralnego (8 czerwca - 7 lipca) w Polskim Instytucie na Karl-Liebknecht-Strasse 7 (dojazd do Alexander Platz). Gysi, Arndt i rabarbar Nadal jest okropnie zimno, w listopadzie bylo cieplej niz w czerwcu, pada, leje i wieje, i w ogóle dosc ponuro. Niewiele zmienia fakt, ze przyjechala Madonna - to rozrywka dla najwyzej kilkudziesieciu tysiecy, a tymczasem cztery miliony mieszkanców Berlina zostaly postawione wobec faktu, ze miasto zbankrutowalo. Rzadzaca przez dziesiec lat koalicja konserwatywno-socjaldemokratyczna, a raczej jeden z jej czlonków, konserwatywny pan o swojskim nazwisku Landowski, zainwestowal pieniadze miasta w watpliwe inwestycje bankowo-maklerskie. Jakby wyszlo i wszyscy by na tych spekulacjach zarobili, to pies z kulawa noga by sie nie oburzyl, üe nie wolno tak decydowac o pieniadzach podatnika. Niestety nie wyszlo, pan Landowski i jego poplecznicy z banku i rzadu nadal maja sie finansowo bardzo dobrze, ale miasto oglosilo upadlosc. Przy okazji upadl równiez rzad Berlina i teraz mamy interregnum czyli rzady przejsciowe socjaldemokracji z zielonymi przy cichej zgodzie PDS czyli partii, która jest naturalna córka enerdowskiej Partii Jednosci. Zgroza w Berlinie zrobila sie z tego powodu jeszcze wieksza niz z powodu deficytu w wysokosci 6 miliardów marek. A bedzie jeszcze "zgrozniej", bo we wrzesniu odbeda sie zapewne nowe wybory i PDS wystawi swojego kandydata na burmistrza i juz nie bedzie cichym wspólnikiem socjaldemokracji tylko ostrym i samodzielnym kandydatem do wladzy. Co lepsza, najnowsze przepytywanki wsród miejscowej ludnosci wykazuja podobno, ze ponad 50% berlinczyków nie widzi nic zdroznego w fakcie, ze nowy burmistrz, wyszczekany prawnik Gregor Gysi, bedzie komunista. Facet sie dobrze prezentuje, umie mówic, a co lepsze argumentowac, nie daje sie zbic z tropu i opowiada sie za tak zwana sprawiedliwoscia, a to taki haczyk, na który latwo zlapac kazdego uczciwego inteligenta. Szkoda ze nie startuje z jakiejs lepszej partii niz PDS. Ale, jakby nie bylo, na razie jest klimatycznie zimno i politycznie goraco, i nic sie z tym nie da zrobic ani zmienic, wiec pomyslalam, ze znowu troche poplotkujemy "ulicznie". Otóz tak: waskie spodnie za kolana absolutnie wyszly z mody, podobnie jak ukochane jeszcze wiosna kolorki lila, wrzos i blekit. Nosimy sie w khaki i zielonych oliwkach, do lask wraca tez brazowy, a spodnie musza byc takie szerokie jak jeszcze nigdy przedtem, nawet w latach 70, i leza plackowato na butach. Jest tez nowa moda bukietowa - malo kwiatów, duzo lisci, traw i róznych dziwnych rzeczy, galezi, patyków, bambusów i ... naprawde, nie zartuje - rabarbaru! Same patyki, bez lisci, tak jak na placek. Wczoraj kupilam peczek, przynioslam do domu i przez dluzsza chwile powaznie sie zastanawialam, co z nim zrobic - do wazonu czy do piekarnika. W koncu lakomstwo przewazylo, zrobilam placek, byl pyszny, ale oznacza to oczywiscie, ze jestem staromodna i nie nadazam za duchem czasu. Trzeba sie koniecznie wybrac na Potsdamer Platz do centrum Sony´ego i obejrzec fontanne. Jest dziwnie plaska, woda jest gesto-czarna, a z jednej strony wychodzi ponad poziom chodnika i lezy jako cienka przezroczysta plytka, przez która przeswieca teczowo slonce. Natomiast po czarnej wodzie skacza sterowane komputerowo cienkie strumienie wody. No, musze przyznac - nie jestem milosniczka PoPla i wielokrotnie dawalam temu wyraz - ale ta fontanna zrobila na mnie wrazenie! Z zapowiedzianych w tytule tematów zostal mi jeszcze Arndt. To bardzo "uliczny" temat. Ernst Moritz Arndt byl pisarzem, zyl w XIX wieku (1796-1860) i zapisal sie w pamieci potomnych jako autor patriotycznych piosenek, które poprzednie pokolenie wciaz jeszcze znalo. Byl historykiem, zawzietym nacjonalista, wypowiadal sie ostro przeciw Zydom i Polakom, co potem bez zenady wykorzystali nazisci. Ale tez napisal traktat przeciw panszczyznie, co sprawilo, ze najpierw na Pomorzu, a potem w calych Prusach panszczyzna zostala zlikwidowana. Arndt ma w Berlinie piec ulic, w tym jedna na Kreuzbergu i o ta ulice teraz chodzi. Mlodziez szkolna postanowila bowiem wystapic o zmiane nazwy ulicy. Zamiast Arndta patronem ulicy ma zostac zapomniany pisarz zydowski Saul Ascher. Tak sobie mysle o Arndcie i Ascherze i nie wiem, co wlasciwie nalezy myslec w takiej sprawie. Nie mam watpliwosci, ze trzeba zmieniac aleje Hitlera i Stalina na cos innego, ale dokad powinna siegac koniecznosc zmian? Arndt ma piec ulic, jak mu sie jedna zabierze, to i tak jeszcze zostana mu cztery, ale nie to jest argumentem. Nic w postaci Arndta nie jest jednoznaczne. Wszyscy romantyczni pisarze byli patriotami, a ich patriotyzm mial bardzo nacjonalistyczny wyraz. Narodowe racje stanu wszedzie braly góre nad ogólnoludzkim humanizmem. W Polsce tez. To, ze hitlerowcy siegneli po jego teksty nie jest juz jego wina. Hitlerowcy robili co chceli z dobrami narodowymi i miedzy innymi oglosili narodowymi poetami Rilkego i Hölderlina, tak jak Jaruzelski wprowadzajc stan wojenny siegnal do Szopena. Czy im tez nalezy wiec odebrac ulice? |