back    next

Ewa Maria Slaska
ULICE BERLINA

Cykl felietonów publikowanych w roku 2000 w "Kurierze Szczecinskim" i w berlinskim radio "MultiKulti"

WSTEP: WSZYSTKIE PORY ROKU. MOJA ULICA
Na ulicach Berlina ludzie ziewaja rozglosnie, nie zaslaniajac buzi dlonia. Podczas spaceru otwieraja sie przed czlowiekiem ogromne paszcze, które wygladaja tak, jakby prowadzily do innych swiatów. Na przyklad do swiata pojedynczych skarpetek. Nikt nie poddaje w watpliwosc faktu, ze taki swiat istnieje i nawet nie smierdzi specjalnie, bo, jak wiadomo, znikaja przede wszystkim skarpetki uprane. Jest to ogromna dziura kosmiczna, która wysysa skarpetki prosto z pralek. Swiat ten jest od jakiegos nieznanego mi "zewnatrz" przyklejony do mojej ulicy. Jestem tego pewna. Próbowalam obliczyc kiedys, z ilu skarpet sie sklada. Zalozylam przy tym, ze skarpetka jest czescia garderoby uzywana tylko w cywilizacji europejskiej, a zatem jej wystepowanie obejmuje Europe, USA, Kanade, Australie i Nowa Zelandie, Republike Poludniowej Afryki oraz górne 10 procent wiekszosci wielkich miast na swiecie. Nie chce mi sie sprawdzac w tak zwanych "ibidemach" (tak mój przyjaciel nazywa wszystkie ksiazki, w których mozna znalezc informacje uzyteczne, jako to encyklopedie, slowniki, informatory itp), ale przyjmijmy, ze zyje w nim mniej wiecej miliard ludzi. W tym jedna trzecia to piorace kobiety. Aktualnie posiadam w szufladzie osiem skarpetek nie do pary. Jezeli dla prostego rachunku przyjmiemy dziesiec sztuk na "pracza", to uzyskamy trzy miliardy skarpet. Trzy miliardy skarpet klebi sie gdzies w watpiach Wszechswiata i mozna sie do nich dostac przez wielkie otwarte paszcze na berlinskich ulicach.
Na ulicach Berlina mnóstwo jest bezdomnych, ale jeszcze wiecej jakichs takich istot, które zapewne maja gdzie spac, ale nigdzie do niczego nie pasuja. Jakies autystyczne zapatrzone przed siebie kobiety i mezczyzni, których przygarbiony tors zawsze posuwa sie do przodu odrobinke szybciej niz reszta czlowieka. Zauwazyl to zreszta równiez Lesmian, wiec nie jest to cecha istotnie berlinska. Ale w Berlinie tez jest. Istoty te gadaja do siebie, czasem nawet krzycza. Gadanie do siebie bylo przez stulecia pierwszym wyróznikiem pomylenca. Od roku czy dwóch jednakze wszystko sie poplatalo, bo teraz na ulicach Berlina wszyscy gadaja w komórki, co z boku sprawia wrazenie, jakby gadali do siebie.
W mojej dzielnicy mieszka wielu cudzoziemców, Turków, Arabów, Albanczyków, Bosniaków. Maja swoje sklepy, w tym równiez butiki z bajkowymi strojami dla ksiezniczek z tysiaca i jednej nocy, kafejki, fryzjerów, doradców podatkowych, apteki, szkoly i meczety. W sobote przed meczetami, a sa to najczesciej sale wynajete w jakichs podwórzach, stoja grupy wasatych mezyczyzn w malych szydelkowych czapeczkach i, osobno, gromady ubranych na czarno, okutanych w chusty kobiet. Jedna z nich rozmawia wlasnie przez komórke.
Na ulicach Berlina mozna znalezc duzo róznych rzeczy. Nie tylko graty, ustawione na "wystawce" (tak w jezyku polonii berlinskiej nazywaja sie przedmioty, których wlasciciele pozbywaja sie, wystawiajac je na ulice), stare kanapy, zniszczone, ale jeszcze sprawne lodówki, wózki dzieciece, worki pelne ubran. Ale takze swiezy bukiet kwiatów. Zgubiony? Wyrzucony przez poirytowana dziewczyne, namolnie nagabywana przez wielbiciela? XIX wieczne wydanie Goethego, podpierajace wystawiony na sprzedaz kuchenny kredens. Polamane antyczne krzeslo. Lustro.
Wiosna na ulicach Berlina kwitna tysiace krokusów. Jesienia przy ulicach Berlina plona zólte i pomaranczowe pochodnie klonów, buków i brzóz. Zima na ulicach Berlina lezy snieg.
Ale nie na mojej ulicy.
Berlinska dziennikarka, Viktoria Korb, sprawdzila gdzies w "ibidemach", ze w Berlinie na tysiac mieszkanców mieszka o 25% psów wiecej niz w innych czesciach Niemiec. Dokladnie jest ich ponoc 36, a w "reszcie swiata" tylko 26. Ta nadwyzka skupia sie na pewno przede wszystkim na mojej ulicy i w mojej dzielnicy. Ulice mojej dzielnicy sa tak "obkupane", ze nawet przybysze z innych czesci miasta kreca z niedowierzaniem glowa. Turysci unikaja wiec mojej dzielnicy jak ognia lub wrecz przeciwnie - zwiedzaja ja jak Grass slumsy w Kalkucie. Jak przez mgle przypominam sobie, ze istnial kiedys nader skomplikowany przepis - w naszej cywilizacji, a juz zwlaszcza w jej niemieckim wydaniu na wszystko istnieje stosowny przepis - który nakazywal psom "kupac" na skrajnej jednej trzeciej trotuaru, nie dalej jednak niz metr od kraweznika. W ostatnim dziesiecioleciu jednak w Berlinie przybylo sciezek rowerowych. Sa to pasy o szerokosci mniej wiecej metra, wybrukowane klinkierem, poprowadzone na chodniku równolegle do krawedzi jezdni. Istnieje przepis nakazujacy rowerzystom jezdzic po sciezkach rowerowych, a zarazem zakazujacy pieszym zaklócania na nich swobodnej jazdy. No i klops kaliningradzki czyli hamburger. Bo jezeli wlasciciel psa wypusci stworzonko na krawedz chodnika - a istnieje przepis, ze psy maja byc bezwzglednie prowadzone na smyczy - to smycz przetnie w poprzek sciezke rowerowa i uniemozliwi rowerowi swobodna jazde. Zdaje sie, ze nikt nie zadal sobie trudu sprawdzenia przystawalnosci przepisów regulujacych zycie w miescie, a juz na pewno nie w mojej dzielnicy. Wiec na ulicach w mojej dzielnicy na krawedzi jezdza rowerzysci, a w czesci przeznaczonej dla pieszych chodza - pieszo - psy na smyczy albo bez i robia kupe. Psy sa wazna czescia zycia berlinskiej ulicy. W mojej dzielnicy nie ma wyrafinowanych psów, o dlugiej jedwabistej siersci i arystokratycznym wejrzeniu. Psy w mojej dzielnicy sa albo bojowe albo pokraczne. Na bojowe sie krzyczy ohydnym glosem, pokracznym zawiazuje sie chusteczki na szyi. Pokraczne sa na pewno kochane. Bojowe podobno tez.
Na ulicach Berlina wlasciciele kiosków z gazetami codziennie wystawiaja tablice z wiadomosciami z pierwszych stron gazet, przede wszystkim z prasy brukowej koncernu Springera. W piatek, 14 stycznia 2000 roku byla to informacja, ze Egon Krenz, ostatni wladca NRD, nastepca Ericha Honeckera, zaczal odsiadke w berlinskim wiezieniu. "Dzis dostanie na obiad rybe", mozna bylo przeczytac na tablicy. Wlasciciele kiosków nie kontroluja tresci tego, co wystawiaja. Otrzymuja od redakcji zarówno, jednorazowo, same tablice, jak i, codziennie, wydrukowane strony z bombowymi wiadomosciami. I tak wlasnie sie zdarzylo, ze pewnego wiosennego dnia na jednej tablicy przeczytac: "Podróz jak marzenie w dwoje", a na sasiedniej: "Rencista wysadzil siebie i swojego psa w powietrze". Zdesperowany swoja paskudna sytuacja zyciowa mezczyzna popelnil spektakularne samobójstwo, zabierajac psa w ostatnia "podróz we dwoje". Mieszkal na sasiedniej ulicy.
Psy sa wazna czescia zycia berlinskiej ulicy.



SYLWESTER czyli PRASA KLAMIE
Sylwester 1999 w Berlinie mial byc NAJ. Najwiekszy, najlepszy, najbardziej interesujacy, najciekawszy, najbogatszy... Huczne zapowiedzi od miesiecy juz przygotowaly grunt. Nie tylko berlinczycy, nie tylko Niemcy, ale po prostu Europejczycy wiedzieli, ze kazdy, kto sie liczy, musi spedzic ten dzien, nazywany z uporem maniaka "koncem tysiaclecia", wlasnie w Berlinie. Marketing uprawiany na rzecz Berlina w ostatnim roku opieral sie bowiem na prostym, ale chwytliwym stwierdzeniu: Berlin jest stolica Europy na trzecie tysiaclecie. Za reklamowym chwytem przemawialy fakty. Stolica Niemiec przeniosla sie wlasnie z Bonn do Berlina. Zmienila sie partia rzadzaca, przed rokiem odeszla konserwatywna CDU, a do glosu doszly partie lewicowe - SPD i Zieloni. Jednoczesnie odbyla sie zmiana pokoleniowa przy sterze. Wladza, która wkracza do Berlina jest pod kazdym wzgledem nowa. Nowa, mloda, prezna. W tym wlasnie duchu Berlin przezywa szalenstwo budowlane - na wielkich placach budowy rodzi sie z rozmachem nowe europejskie miasto, multimedialne miasto szklanych domów, pieniadza i reklamy. Miasto w rzeczywistosci wirtualnej, oderwane od realiów, pozbawione historii, lekkie jak balonik wypelniony helem, kolorowe, nieprawdziwe. Berlin dla mlodych, preznych, pieknych i bogatych. Berlin miasto sukcesu. Berlin NAJ. Apogeum tej kampanii reklamowej przygotowano na Sylwestra. Zapowiedziano zabawe lepsza niz Love Parade i Zjednoczenie Niemiec razem wziete. Reklama odniosla skutek. W dzien przed Sylwestrem w Berlinie zanotowano 1,5 miliona gosci.
Dla uczestników zabawy urzadzono na czterech kilometrach paradnego ciagu ulic - Unter den Linden i 17 Juni, od Alexander Platz do Wielkiej Gwiazdy ze zlota Kolumna Zwyciestwa - tak zwana "strefe rozrywki". Wzdluz ulic wzniesiono dziesiatki namiotów gastronomicznych. Zbudowano cztery sceny, wyposazone w ogromne ekrany telewizyjny, transmitujace koncerty i pokazy. Posrodku ustawiono wesole miasteczko z ogromnym diabelskim mlynem, tak by mozna bylo z góry podziwiac morze swiatla, w jakim plawic sie bedzie stolica swiata.
W Sylwestra w namiotach na Pariser Platz przed Brama Brandenburska bawili sie ci, których stac bylo na bilety po 1500 marek od osoby. Na schodach przed budynkiem Reichstagu elita wladzy wznosila toasty na czesc wlasna i nowego tysiaclecia. Nad Kolumna Zwyciestwa rozjarzyla sie laserowa kopula swietlna, która widac bylo pewnie i z kosmosu, czego jednak naocznie nie dalo sie stwierdzic, bo z uwagi na zapowiadany swiatowy kolaps komputerowy w kosmosie nie przebywaly zadne statki z zaloga ludzka.
Organizatorzy zabawy przewidywali, ze "strefe rozrywki" odwiedzi milion gosci. Tymczasem w ciagu kilku godzin przed pólnoca na ulice Unter den Linden i 17 Juni naplynely dwa miliony ludzi. Na Pariser Platz, który pomiescic moze "zaledwie" 25 tysiecy, wolno bylo wejsc dopiero o ósmej wieczorem, ale juz o dziewiatej plac wypelnil sie po brzegi, zostal zamkniety i otoczony kordonem policji, która wprawdzie wypuszczala gosci, ale nikogo nie wpuszczala.
I tu wlasnie mozna skonczyc z reklamowymi achami i ochami i przyjrzec sie rzeczywistosci, "która jaka jest, kazdy widzi". Kordon policji wokól Pariser Platz jest moze najwymowniejszym symbolem tego, jaki naprawde byl Sylwester 1999 w Berlinie. Szary, nudny, beznadziejny i, poniewaz wszyscy sie wszystkiego bali, a slowo "bezpieczenstwo" bylo najwazniejszym zmartwieniem organizatorów, sterowany przez policje. Berlin byl ciemny i ponury - cale miasto spowila gesta, szara mgla, w której jak upiory przemieszczaly sie gromady ciemno ubranych ludzi, opanowanych jedna tylko mysla - dostac sie jak najblizej Bramy Brandenburskiej. Od Wschodu i Zachodu, od Pólnocy i Poludnia w kierunku "srodka swiata" zdazaly szeregi tych, którzy powaznie podjeli sie obowiazku swietowania Sylwestra w Berlinie. Powaznie to slowo klucz. Nikt sie nie smial, niemal nikt nie rozmawial, nie bylo muzyki, nikt nie tanczyl na ulicy w szalonym korowodzie. Ciemny tlum szedl przed siebie tam, gdzie czekalo swiatlo, feeria, "taniec, spiew, hopsasa", jak stwierdzil kiedys Klapouchy. Ale na koncu ich drogi, w takiej samej czarnej i ponurej mgle, zamiast orgii swiatel czekala policja, która co minute nadawala przez glosnik informacje, ze dalej juz nie wolno isc. Gestniejacy tlum zatrzymywal sie, stal i cierpliwie czekal, az radosc, swiatlo i goraczka zabawy, promieniujace znad Bramy Brandenburskiej, zataczajac coraz szersze fale dotrze do niego, ogarnie go i porwie choc na te jedna minute odliczania czasu gdzies, daleko, do innego, lepszego swiata nadziei na przyszlosc.
Nie bylo odliczania czasu, nie bylo zbiorowego "Och!!!" o pólnocy, nie bylo ogromnego okrzyku radosci, ze oto skonczylo sie tysiaclecie walk i stulecie wojen i terroru, byla podana przez glosnik policyjny informacja, ze Pariser Platz jest zamkniety i nie wolno isc dalej. Pólnoc minela niezauwazalnie. Na szczescie mielismy zegarki, wiec moglismy mniej wiecej ustalic czas, kiedy to nastapila Wielka Zmiana Daty. Nad Brama Brandenburska nie rozjarzyly sie zadne swiatla, nie widac bylo zadnej parady fajerwerków, która miala byc lepsza niz w Rio de Janeiro. Byla gesta szara mgla. Zdezorientowani uczestnicy zabawy otworzyli po niewczasie przyniesione ze soba butelki taniego "sekta" czyli namiastki szampana dla ludu, niemrawo zlozyli sobie zyczenia, wypili po lyku z butelki i ruszyli z powrotem, zastanawiajac sie, gdzie spedzic reszte tak nedznie rozpoczetej nocy. Cala "strefa rozrywki" byla zamknieta dla ruchu drogowego, nie bylo wiec autobusów ani taksówek, nie mówiac o prywatnych samochodach. Metro, przepelnione do ostatnich granic, zatrzasnelo kraty wejsciowe do stacji i nikogo nie wpuszczalo, pod pociag kolejki miejskiej wpadla jakas kobieta, stacje zostaly wiec otoczone kordonem policji, która nie udzielala zadnej informacji i tez nikogo nie wpuszczala. Za to na teren "strefy rozrywki" wjechala policja konna i piec minut po pólnocy wlepila mandaty wszystkim nielegalnie zaparkowanym samochodom - w poniedzialek prasa doniosla, ze byly to pierwsze dochody miasta w roku 2000.
Przez cala noc sylwestrowa telewizja informowala berlinczyków, Niemców, Europe i swiat, jak wspanialy jest Sylwester w Berlinie. Pokazala fajerwerki, których w rzeczywistosci nikt nie widzial i opisala szampanska zabawe. Wszystko powtórzylo sie w niedziele, 3 stycznia, gdy ukazaly sie pierwsze gazety. Informacja byla jednoznaczna - w Berlinie odbyl sie Sylwester NAJ, Sylwester Tysiaclecia. Stwierdzono to zupelnie bezkarnie, mimo iz mniej wiecej dwa miliony ludzi widzialy naocznie, ze zadnej super-zabawy nie bylo.

Gdy dwadziescia lat temu, piekni, mlodzi i zapaleni, walczylismy jak lwy o wolnosc i solidarnosc, pisalismy na murach i chodnikach wielkimi literami PRASA KLAMIE. Wiedzielismy dokladnie, dlaczego prasa klamie, prasa zreszta tez wiedziala, ze klamie. Consens spoleczny byl w tej sprawie jednoznaczny.
Po pietnastu latach zycia na Zachodzie, w Sylwestra 1999 stwierdzilam naocznie, ze prasa klamie wszedzie i zawsze. Rozumiem, ze z pewnego punktu widzenia mozna, a nawet nalezy klamac na temat gulagu i Katynia. Po cholere jednak klamac w sprawie fajerwerków?
Orwell sie klania.



STYCZEN: MUZEA PRZECIW ZYDOM
Sa dwa. Jedno juz zbudowano, ale na razie nic w nim nie ma. Drugiego nie ma. A mimo to sa.

Pierwsze to muzeum kultury zydowskiej w Berlinie. Drugie to Pomnik Holocaustu. O wszystkim mozna wypowiedziec sie obiektywnie i subiektywnie.
Obiektywnie nalezy wiec stwierdzic, ze w roku 1999 Muzeum Berlina dobudowalo do XVIII-wiecznego palacyku przy Lindenstrasse odrebny gmach, w którym od roku 2000 prezentowac bedzie dzieje i kulture Zydów niemieckich.
Autorem nowego gmachu jest Daniel Liebeskind. Polacy dodadza tu, ze Liebeskind pochodzi z polskiej rodziny emigrantów. Zydzi dopowiedza, ze jest to rodzina zydowska. Wszystko bez znaczenia, bo Liebeskind jest po prostu Amerykaninem i jednym z czolowych architektów swiatowych.
Nowe Muzeum to jedna z niewielu realizacji dekonstruktywistycznych w Europie, budynek, który jeszcze zanim zostal wzniesiony, juz wszedl do historii architektury swiatowej. Na tle monumentalnych, ale banalnych realizacji Potsdamer Platz czy Friedrichstrasse, muzeum Liebeskinda jest oryginalna atrakcja turystyczna. Jest duze, w calosci pokryte pasmami wypolerowanej blachy stalowej, wielkie i blyszczace. Zbudowal je slynny architekt. "Kawalek Ameryki". Jest sie czym pochwalic przed goscmi.
Muzeum Liebeskinda jest, jak kazde wielkie dzielo, równiez alegoria. Architekt zbudowal je na planie rozciagnietej w przestrzeni ogromnej gwiazdy Dawida. Budynek mówi. Takich budowli jest zreszta w Berlinie wiecej, na przyklad Biblioteka Panstwowa czyli "Stabi" Schaoruna. "Stabi" ma ksztalt pistoletu, w domysle, strzelajacego ksiazkami, a nie nabojami.
Tyle informacji obiektywnych. Ale o Muzeum mozna tez powiedziec cos subiektywnie. Wiec subiektywnie mówie, ze Muzeum jest straszne. Monumentalne do granic arogancji. Lekcewazy i otoczenie, i temat, jakiemu ma sluzyc. Przypisuje Zydom niemieckim i berlinskim jakas niebotyczna pyche i megalomanie. Sprawia wrazenie idacej do boju formacji robotów w duchu pruskiej tradycji militarnej. Jest symbolem wszystkich wojen, które kiedykolwiek wyszly z niemieckiej ziemi i które z niej w przyszlosci moga wyjsc, i pomnikiem tych, którzy Zydom odebrali prawo istnienia. Miesza perspektywy widzenia tych, którzy cierpieli i tych, którzy to cierpienie zadali. I ze lepiej by bylo, gdyby Liebeskind zbudowal swój "kawalek Ameryki" w Ameryce, a nie w Berlinie.
I ze obejrzalam Muzeum, a w nocy przesladowaly mnie wojenne koszmary.

Pomnika Holokaustu nie ma.

Uroczystosc polozenia kamienia wegielnego zostala zaplanowana na 27 stycznia 2000 roku, na godzine 11. Date wybrano oczywiscie z uwagi na rocznice wyzwolenia Oswiecimia. Burmistrz Berlina Eberhard Diepgen nie wzial udzialu w uroczystosci, bo jest przeziebiony. O tym, ze burmistrz bedzie chory wiadomo juz bylo od dziesieciu dni. Panuje grypa. Wprawdzie kilka dni temu chory burmistrz wystapil podczas Forum Gospodarki i wyglosil mowe, która mozna sobie przeczytac w internecie, ale dzis jest chory.
Do akcji wkroczyli natomiast jego urzednicy. Nie polozono kamienia wegielnego pod pomnik, bo nie bylo ... zezwolenia na budowe. Zrezygnowano nawet, z uwagi na przepisy, z symbolicznego wbicia lopaty w ziemie, o czym jeszcze byla mowa poprzedniego dnia.
Przybyla cala elita polityczna Niemiec - Rau, Schröder, Naumann, Sissmuth. Wolfgang Thierse wyglosil mowe i ... nic sie nie zdarzylo. Urzednik okazal sie wazniejszy od kanclerza i prezydenta razem wzietych.
No i nie mówilam? Dawno mówilam, ze tak bedzie. Nawet nie mówilam, a tylko powtarzalam, bo mówili wszyscy znajacy sie na rzeczy. Od pól roku, kiedy to Bundestag podjal decyzje wzniesienia Pomnika, bylo wiadomo, ze burmistrz bedzie opóznial budowe przy pomocy kruczków biurokratycznych. Burmistrz jest bowiem przeciw Pomnikowi. Byl, jest i bedzie. I zadne decyzje Bundestagu tego nie zmienia. Burmistrz ma tez oczywiscie zwolenników. Czasem dzialaja oni zabawnie, jak pewien rencista, który stanal sobie przedwczoraj z transparentem, a bylo zimno, transparent byl w barwach zydowsko izraelskich, bialo-niebieski, i oglosil, ze on, Magnor nie jest nazista, ale jest niezadowolony. W Berlinie jest bowiem 70 miejsc pamieci o zbrodniach wojennych, co wyliczyl, i on, Magnor jest tego samego zdania co burmistrz Diepgen, ze Berlin pomnika nie potrzebuje. To jeszcze bylo smieszne. Ale za dwa dni wystapia z demonstracja inni poplecznicy Diepgena, juz nie tak zabawni - Nationales Aktionsbündnis Berlin.
Na temat Pomnika dyskutowano - w sposób paskudny - w ciagu ostatnich jedenastu lat. Przygladajacy sie tej dyskusji niejako z boku Amerykanie uznali, ze sama owa debata jest najlepszym pomnikiem niemieckich urazów i kompleksów. Nikt tego Pomnika juz naprawde nie chcial. Zydzi uznali go za sprawe wewnatrzniemiecka, porzadni Niemcy wiedzieli, ze bedzie to kolejne polityczne alibi bez prawdziwego glebokiego znaczenia. Dlaczego przeciw pomnikowi wystepuja nacjonalisci wszelkiej masci jest jasne. Ale cala sprawa zabrnela juz tak daleko, ze nie mozna sie z niej bylo wycofac.
Zdumiewa w tej historii nie tyle veto Diepgena w stosunku do ustawy badz co badz panstwowej, ile jego skutecznosc. Diepgen nie przyszedl, a jego urzednicy odebrali tej uroczystosci wszelki symboliczny sens. Najwazniejsze osobistosci demokratycznego kraju wziely udzial w akcie, który sie nie odbyl, w poczuciu calkowitej bezradnosci wobec jednego NIE powiedzianego samowolnie i wbrew ustawie. Cala sprawa jest znacznie mniej spektakularna niz afera lapówkarska CDU, ale chyba równie zle swiadczy o stanie demokracji w Niemczech.

Kiedys jednak budowa sie zacznie. Burmistrz rzadzi juz w Berlinie od 10 lat, ale kiedys odejdzie. Na odslonietych tablicach informacyjnych napisano, ze prace rozpoczna sie latem 2001 roku. Potem bedzie trwala solidna niemiecka praca wykonawcza, dluga zapewne, jesli zwazyc, jak dlugo buduje sie Urzad Kanclerza RFN czy tunel pod parkiem Tiergarten. A potem, kiedys, w nastepnym tysiacleciu, mniej wiecej w szescdziesiat lat, a nie, jakby sie nalezalo, na przyklad w piec lat po zakonczeniu wojny naród niemiecki wzniesie wreszcie pomnik swoim ofiarom. I przy okazji da go nam, mieszkancom Berlina.
I tu zaczynie sie nastepny problem. Bo z opisów i zdjec wynika, ze na zasadzie "jak juz to juz", pomnik bedzie wielki, a za to okropny. Straszny las betonowych stel. Ten beton ma przypominac bunkry i obozy koncentracyjne, jednakze zwyklemu mieszkancowi miasta bedzie sie kojarzyl z berlinskim Murem i z betonowymi blokowiskami tak zwanych nowoczesnych osiedli socjalistycznych. Beton nie jest zbyt wdziecznym materialem budowlanym, mimo iz Gaudi i Bauhaus próbowali nam udowodnic, ze jest piekny. Beton nie porasta roslinnoscia, nie wtapia sie w nature, natomiast szybko i brzydko koroduje. Trzeba go wiec bedzie latac. Smetna mysl o przyszlosci.
Bo i cala sprawa jest smetna.
Chociaz nie. Jednak jest w niej pewien okruszek zlosliwej radosci. Ten wielki pomnik, którego nikt w Niemczech tak naprawde nie chcial, zabiera potezny kawal gruntu budowlanego i to w miejscu, w którym parcele cenniejsze sa niz zloto. Kilku rekinów budowlanych musi ustapic przed pamiecia. Moze jednak nie jest az tak zle.



LUTY: POTSDAMER PLATZ
9 lutego 2000 roku w centrum Sony'ego na Potsdamer Platz rozpoczyna sie 50 berlinski festiwal filmowy Berlinale. Jego przewodniczaca jest chinska aktorka Gong Li, a w programie znajdzie sie m.in. "Pan Tadeusz". Cale Berlinale, z niewielkimi wyjatkami, zorganizowane zostalo na Potsdamer Platz.
Potsdamer Platz to plac NAJ.
W latach miedzywojennych byl to centralny plac Wielkiego Berlina, slynny miedzy innymi z tego, ze w roku 1924 ustawiono tu pierwsze w Europie swiatla regulujace ruch.
W czasie wojny caly plac zostal zbombardowany, zachowaly sie tylko dwa domy: winiarnia Huth i resztki hotelu Esplanade. Po wojnie mieszkancy zorganizowali tu czarny rynek, a okupanci granice sektorów, i to trzech od razu: sowieckiego, brytyjskiego i amerykanskiego. 13 sierpnia 1961 niewidzialna granice sektorów zastapiono berlinskim Murem.
Przez nastepne 28 lat na Placu Poczdamskim od strony zachodniej hulal wiatr, walesaly sie psy, na betonowych przestrzeniach splantowanych ruin parkowaly nieliczne samochody turystów, którzy wdrapywali sie na specjalnie w tym celu ustawione schodki i patrzyli sobie na Berlin po stronie wschodniej. Od Wschodu tez hulal wiatr, ale nie bylo turystów, tylko szlabany graniczne i uzbrojone po zeby straze.
Gdy w roku 1989 otwarto Mur berlinski tu wlasnie oficjalnie zostal usuniety pierwszy jego betonowy segment. Aktu dokonali zolnierze z Ludowej Armii Narodowej NRD (Mur byl wlasnoscia Berlina Wschodniego) w pewna piatkowa noc podczas pelni ksiezyca. W tezez noc, a moze nawet, jak glosi plotka, juz wczesniej, rozpoczely sie targi i przetargi z miastem o kupno terenów Placu. Byl zdewastowane, wiec Mercedes i Sony, które przetarg wygraly, kupily je od miasta za bezcen. Potsdamer Platz byl NAJtanszy.
Miasto postawilo jakies warunki, czegos tam chcialo, co dziesiec lat temu jeszcze wydawalo sie wazne, na przyklad, zeby zabudowa placu pasowala do charakteru Berlina. Berlin jest miastem w duchu XIX-wiecznym, cesarsko-pruskim, a ponadto chlubi sie swa europejskoscia, co objawia sie tym, ze nie ma tu drapaczy chmur.
Potem rozpoczela sie zabudowa placu (na Placu pracowali równiez Polacy, o czym Kornel Miglus nakrecil znakomity film dokumentalny) i bylo to NAJwieksze jednorazowe przedsiewziecie budowlane w Europie. Potsdamer Platz zamienil sie w morze dziur i blota oraz las dzwigów - NAJwiekszy plac budowy na swiecie. Mozna go bylo zwiedzac. Najpierw, tradycyjnie juz, ustawiono schodki, potem wybudowano specjalne pomieszczenie: Red Box - czerwone pudlo na osmiometrowych nogach.
I wreszcie w roku 1998 zaczeto powoli oddawac do uzytku pierwsze budynki, przy czym o samym placu zaczeto mówic w typowym berlinskim skrócie PoPla, tak jak o Kurfürsten Damm mówi sie Ku-Damm, albo nawet Kudamm. Jazyk niemiecki ma bowiem to do siebie, ze mozna w nim tworzyc - jak w homeryckiej grece, nieprawdopodobnie dlugie wyrazy, tak dlugie, ze potem trzeba je skracac, zeby sie w ogóle nadawaly do uzytku.
PoPla mialo byc NAJ, NAJ, NAJ w stylu amerykanskim. Amerykanski jest postmodernizm placu, amerykanskie sa wiezowce (architekci wykolowali dobrodusznych ojców miasta), ale amerykanski jest przede wszystkim jego duch - wielki pieniadz buduje wielkie budynki - na górnych pietrach pieniadz robi nastepne pieniadze, a w dole kotluje sie disneyland rozrywkowo-sprawunkowy i tez przynosi pieniadze.
Na PoPla kazdy nowo oddany budynek jest NAJatrakcyjniejsza atrakcja na swiecie, a co najmniej w Europie.
20 stycznia 2000 roku otwarto Urban Entertaiment Center w budynku koncernu sprzetu muzycznego Sony - elipsowaty namiot nadnamiotowych rozmiarów, w który wbudowano przesunieta w tym celu "o 75 metrów i dwa zakrety" Sale Cesarska zabytkowego hotelu Esplanade. Miejskie Centrum Rozrywki jest NAJnowszym pomyslem z dziedziny panem et circenses. Sa tu sklepy, biura, kina, plac zabaw o powierzchni 4000 m2 pod przezroczysta kopula, studio, w którym odtworzono muzyczna lódz podwodna - Yellow Submarine Beatlesów. Czlowiek wchodzi do srodka, gra muzyka, a lódz niby to plynie, kolysze sie, przydarzaja sie jej nawet "gibniecia", jakby wpadala w dziure.
Obok przezroczysty wiezowiec (26 pieter) i europejska centrala koncernu Sony. Japonczycy podkreslaja przy tym, ze Berlina jest dla nich najwazniejszym miastem w Europie, m.in. dlatego, ze lezy miedzy Wschodem i Zachodem, co oznacza, ze teraz Sony'emu bedzie blizej do Polski. Przypomina sie tez, ze prezes koncernu, Norio Ohga, w latach 1955-1957 studiowal w Berlinie muzyke.
Autorem kompleksu czterech budynków Sony'ego jest architekt Helmut Jahn, Niemiec pracujacy od ponad 30 lat w Chicago, o którym specjalisci reklamowi mówia poetycko, ze buduje ze stali, szkla i przejrzystosci. O przejrzystosci Jahna wydano juz nawet ksiazke. A wiec szklane domy. Troche inne, niz te, które majaczyly Zeromskiemu, nie dla biednych, ale dla bogatych, bo w ogóle na Potsdamer Platz panuje "pogoda dla bogaczy". Ale i dla bogaczy nie zawsze swieci slonce, a nawet nie zawsze dziala elektrycznosc. W dzien otwarcia kin w Centrum Sony'ego na godzine wysiadlo swiatlo. Organizatorzy przygotowali tyle atrakcji (NAJwiecej?), ze nie wytrzymaly tego ani glówna linia zasilania, ani awaryjna. Miejmy nadzieje, ze Berlinale nie musi byc koniecznie NAJ i ze skoro jest to "zwykly festiwal" prad bedzie dzialal.

PAN TADEUSZ
Na pewno sie naraze, poniewaz ewidentnie szargam swietosci: Wajde i jego "Pana Tadeusza". Zeby wiec z góry uprzedzic wszelkie argumenty - jestem zachwycona faktem, ze Wajda jest czlonkiem jury Berlinale, ze dostal Oskara i ze do tej nagrody typowano polski film. Na wszelki wypadek powiem tez, ze niezwykle szanuje Wajde, a niektóre jego filmy byly genialne. Genialne i chetnie, ba, namietnie ogladane.
Wajda zrobil tez kilka filmów mniej chetnie ogladanych. Sam wymienia trzy, a ich niepopularnosc przypisuje tematyce z warszawskiego getta. Zdaniem Wajdy mloda publicznosc nie interesuje sie historia wspólczesna. Wajda zrobil takze film z mysla o mlodych, ale "Panna Nikt" tez okazala sie klapa. W swiecie zaczeto przebakiwac, ze mistrz przezywa kryzys twórczy. I wtedy nagle mistrz przebojem wrócil na ekrany. "Ogniem i mieczem" oraz "Pan Tadeusz" przywrócily Polsce jej kino. O wyzszosci polskich kresów wschodnich nad amerykanskimi kresami zachodnimi juz nawet nie warto dyskutowac. Kazdy widzi. Kina sa pelne, publicznosc wzruszona, dziatki zaczely sie znowu przykladac do lektur obowiazkowych, historia okazala sie hitem, ale nie ponura historia o mordowaniu Zydów, tylko wesola, o mordowaniu Rosjan, Kozaków, Ukrainców... A po katach majaczy nadzieja na slawe swiatowa.
No tak... A ja...
A ja bylam, obejrzalam, i film, i wzruszenie publicznosci, i pogwizdujace zachwyty mlodziezy. Szkoly chodzily do kina obowiazkowo, wiec mozna by powiedziec, ze to latwy sposób na kase i sukces. Ale doroslych nikt sila nie pedzal, sami szli. Obejrzalam film, nie spodobal mi sie, byl fatalny, nudny, zle grany - gwoli uczciwosci dodam, ze mloda para jest udana esetetycznie, Zosia wrecz zachwycajaca, a Tadeusz nie tylko przystojny, ale i dobrze gra - ale cala reszta, ta lista slaw polskiego ekranu, Olbrychski, Lukaszewicz, Seweryn, Szapolowska... Ja juz pomijam odrazajacy fakt, ze wszyscy ci przystojniacy sprzed cwierc wieku sa starzy, trudno, mnie tez lat nie ubylo, od czasu, gdy podobal mi sie Seweryn. Ale jak zostali ucharakteryzowani! Mickiewicz wyglada jak upiór, spod lysej geby Gerwazego wylazi Olbrychski, który zagarnia cala sztuke dla siebie. Niechlujne szczególy: kielbasy z supermarketu, gipsowe pólgeski, jedna filizanka do kawy prosto z desy. Ale nie tylko szczegól jest marny, lecz w ogóle scenografia: zamek, który nigdy zamkiem nie byl, a jako dekoracje ma organy. Dwór jak hotel pseudorustykalny. Zascianek jak skansen, a mieszkancy przebrani na niedziele w starozytne szatki, bo telewizja. Uczta, która jest kpina, przeglupia scena z mrówkami, zenujace polowanie na niedzwiedzia, smieszna spowiedz Robaka, batalistyka... po prostu wstyd powiedziec... Ale za to wszystko po kolei, jak pan Mickiewicz przykazal, zadnej sceny nie braknie.
Jakiez to zle, marne, nieudane, niegodne mistrza. Najlepiej wyjsc z kina, obejrzec na wideo "Ziemie obiecana" i zapomniec mu, wszystko, co potem... Jest wielki mimo to...
Pozostaje jednak pytanie, co sie stalo z publicznoscia? Czy nikt nie widzi, ze król jest nagi? Nasuwaja mi sie dwie odpowiedzi i obie sa okropne. Az sie wstydze. Pierwsza, ze film sie podoba, ze nie wyroslismy jako naród z narodowo-patriotycznych wzruszen i patetycznych uniesien, tak dzis nie na czasie, ze jestesmy przerazajaco zacofani. A druga, ze film sie nie podoba, ale wszyscy udajemy, boimy sie wychylic, ze stumanielismy i nagle zabraklo nam jezyka w gebie. Bo jakze tak, szargac swietosci...



MARZEC: "SZODOWIKI"
Zawsze myslalam, ze Daniel Chodowiecki byl Polakiem, ale to pewnie gdanskie obciazenie, bo on jak ja, tez z Gdanska. Chodowiecki, jak glosi niemiecka encyklopedia Meyera, byl Niemcem i ma w Berlinie swoja ulice, a to wcale nie takie oczywiste, bo wielu znanych i zwiazanych z tym miastem ludzi wlasnej ulicy nie dostalo. Chodowiecki jednak ma ulice, a jej nazwe wymawia sie... Szodowiki. Przypomina mi to straszne przezycie z miasta Warsaw w county Kosciuszko w USA. Na widok tej nazwy na mapie napadly mnie uczucia jak z "Przekroju". Wyglosilam wiec teze, ze Amerykanie moga nie pamietac, co Kosciuszko dla nich zrobil, ale na pewno pamietaja, ze byl i ze byl Polakiem, bo to taka polska nazwa. Rano zas, kupujac w barze buleczki, dowiedzialam sie, ze lud wymawia to kosijasko. No i tyle mi zostalo z tej polskosci. A zatem Szodowiki. Tak o tej ulicy mówi ulica, bo encyklopedia podaje jednak, ze xodovj'etski. Przy okazji odnotowuje, ze z kolei milczy o tym, iz pochodzil z Polski. A zatem - Szodowiki, a nawet ponoc, Zilowiki, i moze sa to jakies zachwycajace obocznosci jezyka enerdowskiego (ulica Chodowieckiego znajduje sie na terenie, który kiedys byl Berlinem Wschodnim), jak wymowa niektórych slów angielskich przez "sz", np. szinsy lub szorsz. Nie jest to zreszta zadna berlinska specjalnosc, bo w Gdansku jest ulica Stanislawa Dubois, co wymawia sie raz z francuska, a raz z polska dubois, i tez dobrze. A jednak w Berlinie jest troche inaczej. Pewnie niewiele osób wie, kto to byl Dubois, sama tez musialam sprawdzic (socjalista, zamordowany w Oswiecimiu), a tymczasem w Berlinie pod szyldami z nazwa ulicy znajduje sie czesto jeszcze malenka tabliczka informujaca, kto zacz ten uliczny patron. I tak o Karolu Marksie tabliczka glosi - "wynalazca naukowego socjalizmu", a o Hobrecht'cie (to postac znana szczeciniakom - rozbudowal Szczecin w gwiazdy), ze "rozwijal kanalizacje". Sic transit gloria mundi. W Gdansku widzialam plakaty, ze przyjechal cyrk i rozbil namioty na Kardynala Wyszynskiego, a na Jana Pawla II w Warszawie podlozono bombe. Na Chodowieckim nic nie ma do ogladania, ulica ma czterdziesci numerów, starych XIX-wiecznych kamienic, w których jak podaje komputerowa ksiazka telefoniczna, jest az 640 numerów telefonów. Typowa ulica Berlina Wschodniego, z ogromna, przewazajaca iloscia nazwisk niemieckich, nie tak jak na Zachodzie, gdzie az sie roi od cudzoziemców, Jugoslowian, Turków, Afrykanczków i nawet w eleganckim Charlottenburgu co drugi przechodzien to Rosjanin. A na Chodowieckim tylko Niemcy, poza tym jedno biuro architektoniczne, jeden fryzjer, dwóch lekarzy (ale w jednym gabinecie), makler, produkcja opakowan, jedna kawiarnia i, wreszcie, siedziba Towarzystwa Magnusa Hirschfelda.
Hirschfeld byl nietuzinkowa postacia berlinskiego swiata z przelomu wieków. Urodzony w roku 1868 w rodzinie zydowskiej, studiowal filozofie, filologie i medycyne. Jako mlody lekarz rozpoczal skandaliczna kariere: najpierw (1897) zalozyl w Berlinie Komitet Naukowo-Humanistyczny do walki o emancypacje homoseksualizmu, a potem (1919) - Instytut Seksuologii. Publikowal prace o seksuologii w ogóle i homoseksualnej zwlaszcza. Zyd, gej i seksuolog stal sie juz w latach 20 obiektem ataków nazistowskich. Jego humanistyczne idee zyskuja jednak coraz wieksza popularnosc - w roku 1922 istnieje juz 25 filii Komitetu, w Niemczech, Austrii, Anglii, Holandii i USA. Wraz z objeciem wladzy przez Hitlera Instytut Hirschfelda jest jedna z pierwszych instytucji, które zamknieto i juz 6 maja 1933 roku wydano na pastwe bojówek. Hirschfeld ucieka z Niemiec i wkrótce potem (1935) umiera w Nicei, pozostawiajac testament, w którym przeznacza swój majatek na reaktywowanie prac Instytutu. Towarzystwo Hirschfelda, reaktywowane w roku 1982, popiera prace badawcze i popularyzatorskie w zakresie seksuologii i emancypacji homoseksualizmu. Stara sie tez, by imieniem Hirschfelda nazwana zostala jedna z nowopowstajacych ulic w dzielnicy rzadowej Moabit. Hirszfeld nie ma jeszcze swojej ulicy, Chodowiecki ma i w ten to sposób otwieraja sie od razu nastepne tematy: bo z jednej strony sam Chodowiecki wart jest tego, by o nim napisac, ale bodaj czy nie jeszcze bardziej pasjonujace jest pytanie, kto i dlaczego nie ma ulicy w Berlinie.
Ulica Chodowieckiego lezy w modnej dzielnicy Berlina, zwanej Prenzlauer Berg, co berlinczycy skracaja na Prenzelberg. Prenzelberg zaludnia mlodziez, artysci, bohema, alternatywni i chaoci. To slowo przejelam z jezyka niemieckiego prawie zywcem i uwazam, ze koniecznie nalezy je zaadaptowac do warunków polskich. Chaot bowiem to przemile i zgrabne okreslenie czlowieka roztargnionego, niepoukladanego i majacego w nosie wiekszosc regul obowiazujacych w normalnym spoleczenstwie. Do niedawna chaot bijal sie na ulicy z policja, ale ostatnio mu to przeszlo. Innym slowem, równie wartym upowszechnienia w polszczyznie jest kiez, co slaski pisarz (i chaot) Andrzej Panta spolszczyl na kice. Kiez oznaczal kiedys wioske rybacka, jednak od ponad dwudziestu lat slowo to oznacza niewielka dzielnice lub odrózniajacy sie od reszty otoczenia zespól ulic, przy czym odrebnosc ta jest natury nie tyle architektonicznej, co obyczajowej. Kic (czy tez kica) to dzielnica artystów i chaotów. Najslynniejszym berlinskim kicem byl przez lata Kreuzberg, a Prenzlberg to nowy Kreuzberg.
Chodowiecki byl artysta, ale chyba nie pasowalby do Prenzelbergu. Stanislaw Szenic w ksiazce "Za zachodnia miedza" pisze, iz Chodowiecki byl czlowiekiem nadludzko pracowitym, co raczej nie grozi mlodym, obiecujacym artystom, popijajacym piwo w tysiacu (doslownie, a nie w przenosni) knajp na Prenzelbergu. Ponoc, zeby nie tracic czasu, Chodowiecki w ogóle nie rozbieral sie do snu. Spal na siedzaco, w perukach, fraczkach i pantalonach. I, o zgrozo, budzil sie po kilku godzinach, na budzik! Juz sam budzik wykluczylby artyste z dzisiejszego Prenzelbergu. Berlinczyk wstanie do pracy, jesli koniecznie musi, ale najchetniej sypia do poludnia. Nocne zycie sceny artystycznej zaczyna sie nie, jak Pan Bóg przykazal, kolo godziny 20, ale o pólnocy, a bywa, ze mlodziez umawia sie o czwartej nad ranem. Zmienilo to radykalnie obowiazujace w Berlinie zasady savoir vivre - wolno do kogos zadzwonic w nocy, natomiast pod grozba odebrania wszelkich lask nie wolno - przed 12 w poludnie! No ale Chodowiecki to duch z innych czasów - urodzil sie w Gdansku w roku 1726. Jego ojciec byl Polakiem, matka na pól Niemka a na pól Francuzka. Rodzina byla protestancka, w domu mówilo sie po francusku. Daniel od dziecinstwa duzo i chetnie maluje, a w wieku 17 lat wyjezdza do Berlina, aby popróbowac szczescia w sklepie z gadzetami (Szenic wymienia "bransolety, pierscionki, puzderka, breloki, tabakierki i tym podobne przedmioty zbytku"). Sklep nalezy do wujka, Antoine Andre Ayrera i od kilku juz lat pracuje dlan starszy brat Daniela. Obaj bracia maluja wieczka do tabakierek, a raczej nie maluja, tylko kopiuja francuskie wzory, jakies motywy z Bouchera i Watteau, sceny biblijne i historyczne. Ale pieniadze przyniesie im dopiero nowa galaz sztuki pamiatkarskiej - malarstwo na emalii. Klienci na hurra kupuja malunki obu Chodowieckich. Bracia moga sie usamodzielnic i ustatkowac. W roku 1755 obaj biora slub z Francuzkami. To slynna sprawa, owi protestanccy Francuzi w Berlinie, czyli jak sie ich tu nazywa, hugonoci. Wypedzeni z katolickiej Francji edyktem z Fontainebleu z roku 1685 przybyli do Berlina na zaproszenie Ksiecia Fryderyka. I ksiaze, i Berlin zrobili na tym znakomity interes. Hugonoci byli znakomitymi rzemieslnikami (slyneli z produkcji kapeluszy, ponczoch, rekawiczek), kucharzami (pasztety, ciasta!) i ogrodnikami, bylo wsród nich równiez wielu artystów. Takze matka Chodowieckiego i ów berlinski wujaszek byli hugonotami. W Berlinie istniala kolonia francuska, która posiadala swobode wyznania oraz samorzad koscielny, sadowny i charytatywny. Daniel udzielal sie bardzo aktywnie w zyciu berlinskiej kolonii i piastowal w niej rózne urzedy.
Po slubie Chodowiecki zarzuca prace u wuja i zaczyna dzialac na wlasna reke, malujac miniatury, czyli "portreciki". Pracuje bardzo duzo i uczy sie nowych technik, sztycharstwa i malarstwa. W roku 1757 powstaje pierwszy miedzioryt Chodowieckiego, portret clocharda, oryginala francuskiej kolonii. Ale artysta sztychuje jeszcze malo, dwa trzy miedzioryty rocznie, w tym alegorie w duchu rzymskim, przedstawiajaca Fryderyka Wielkiego. Jest rok 1763, Chodowiecki jest juz wzietym miniaturzysta i jego klientki zalatwiaja mu audiencje u króla, któremu jednak sztych nie przypada do gustu. Król kupuje plyte, po to... aby ja zniszczyc! Tym niemniej nie zapomina o zdolnym gdanszczaninie. W roku 1767 ksiezniczka Fryderyka Zofia Wilhelmina, bratanica króla wychodzi za maz za Wilhelma V Oranskiego i dwór zamawia u Chodowieckiego portrtet oblubienicy. Obraz sie spodobal i dwór zamówil jego sztychowana wersje, która rozdawano w podarunku. Tak skonczyl sie czas terminowania, a zaczela kariera! Sypia sie zamówienia na sztychy. Synekura okazuja sie ilustracje do kalendarzy, z 2100 sztychów, jakie Chodowiecki wykonal, az 996 pochodzi z kalendarzy. Jest tez wzietym ilustratorem ksiazek. Lista autorów, których ksiazki zilustrowal to wyciag z historii literatury niemieckiej i francuskiej XVIII wieku: Goethe, Schiller, Lessing, Diderot, La Fontaine, Rousseau, Wolter...
Chodowiecki jest szczesliwym czlowiekiem - ma kochajaca zone, siedmioro uzdolnionych artystycznie dzieci, jest zamozny, hojny, szanowany. Jest czlonkiem, rektorem a od roku 1797 dyrektorem Akademii Sztuk Pieknych. Umiera 7 lutego 1801 roku i zostaje pochowany na cmentarzu kolonii francuskiej w Berlinie.



NEWROZ, URAZY I NEUROZY
Wieczorem 20 marca na placu Hermanna - plac nazwano ku czci germanskiego wodza Hermana czyli Arminiusa, który w roku 9 n.e. w bitwie w Lesie Teutoburskim zwyciezyl Warrusa, przez co Rzymianie zrezygnowali z dalszego podboju Germanii, a szkoda, bo pewnie, gdyby juz podbili cala Germanie, zabraliby sie za Slowianszczyzne i wtedy doszliby i do Polski, czy tez do tego, co w tysiac lat pózniej mialo dopiero stac sie Polska, a gdyby Rzymianie dotarli do Polski, to nasza pozycja startowa do historii europejskiej bylaby zupelnie inna niz byla, zreszta i sami Niemcy róznie o tym mysleli, Heinrich Heine pokazal w "Zimowej basni" przesmiewcza wizje zromanizowanych Niemiec, która moglaby sie ziscic, gdyby Arminius sie nie uparl, a przeciez jego rodzony brat walczyl w szeregach Cesarstwa i próbowal przekonac zawzietego wodza Cherusków, by odstapil od walki, a teraz nikt o nim nie pamieta, a Hermanowi wzniesiono w domniemanym miejscu bitwy olbrzymi pomnik, dzielo Ernsta von Balden, sama figura nagiego atlety mierzy 26 metrów, a ustawiono ja jeszcze na poteznym 30-metrowym cokole, i w kazdym przyzwoitym niemieckim miescie jakas ulica badz jakis plac nosza jego imie, w przedwojennym Szczecinie tez byl jego plac - a zatem wieczorem 20 marca na placu Hermanna, najwiekszym placu w dzielnicy Neukölln, swietuja berlinscy Kurdowie. Z glosników ogluszajaco leci orientalna muzyka, bajkowo ubrane kobiety, jakby wyjete z opowiesci z tysiaca i jednej nocy, w sukniach z kolorowego brokatu i tiulowych, haftowanych zaslonach stoja na obrzezu placu, obok równie bajkowo wystrojone dzieci, kazde z pochodnia w reku, a posrodku, w ogromnym kregu tancza wasaci mezczyzni w malych czapeczkach na glowach i w normalnym europejskim stroju, który jest prawie ze uniformem muzulmanina w Berlinie: mokasyny, dzinsy, czarna kurtka skórzana. Miedzy kobietami z bajki i tancerzami ustawili sie jacys ludzie z ogromnymi transparentami, zniesc kare smierci, uwolnic Abdulaha Öcalana i z rozpedu solidarnie równiez Mumie Abu Amala.
Newroz czyli kurdyjski Nowy Rok, 2612 od podbicia Niniwy przez Medów. Naokolo placu i wzdluz ulic, którymi za chwile ruszy pochód, szeregi bialo-zielonych samochodów policyjnych, zwanych wannami i równie zielono umundurowane szeregi policji z palkami. Niezapalone jeszcze pochodnie, którymi wymachuja Kurdowie z daleka tez wygladaja jak jakis fantazyjny rodzaj broni, wiec mimo iz nic groznego sie nie dzieje, policja stoi nieruchomo, a Kurdowie tancza, plac Hermana wyglada jednak jak kadr z jakiegos filmu fantasy, w którym supertechnika spotyka sie z malowniczymi rekwizytami z historii.
Skojarzenie wcale nie tak zreszta odlegle od prawdy.
Gdy jesienia 1998 roku rozpoczela sie tragiczna odyseja Öcalana, Niemcy mogly byly wystapic o ekstradycje kurdyjskiego przywódcy. W Niemczech grozil mu proces i wiezienie, ale nie kara smierci. Niemcy mogly byly uratowac Öcalana, ale tego nie zrobily. Historia zakonczyla sie tak, jak sie zakonczyla, w lutym 1999 roku, Öcalan zostal podstepnie wywabiony z ambasady greckiej w Kenii, aresztowany i przewieziony do Turcji. Pól miliona mieszkajacych w Niemczech Kurdów doslownie oszalalo, z rozpaczy i z wscieklosci. Opanowali ambasady krajów zamieszanych w porwanie, a poniewaz nie potwierdzona potem plotka glosila, ze w spisku bral tez udzial slynny mosad, grupa rozwscieczonych Kurdów zaatakowala równiez konsulat Izraela w Berlinie. Doszlo do walk, w których izraelskie sluzby bezpieczenstwa uzyly broni i zabily troje demonstrantów, w tym jedna kobiete. Po kilku dniach zamieszki sie zakonczyly, ale uraz pozostal. Sytuacja polityczna Kurdów jest neurotycznie fatalna, gorsza niz Polaków w czasach rozbiorów i niz Zydów w diasporze. I Zydzi, i Polacy mieli kiedys swoje panstwo, Kurdowie, podzieleni miedzy Iran, Irak, Syrie i Turcje, walczac o prawo do politycznego istnienia, nie maja sie do czego odwolac.
Kurdowie tanczacy w dzien przesilenia wiosennego na placu Hermana, wiedza, ze nikogo nie obchodzi ich los polityczny i dlatego ich charyzmatycznemu przywódcy grozi smierc. Ciekawe jednak, czy wiedza, ze patronuje im facet, który, tez zupelnie bez racji, walczyl o swoje. I wygral.


KWIECIEN: PLAC MARLENY DIETRICH
Zna ja kazdy. A jesli nie ja to na pewno najslynniejsze jej zdjecie filmowe, gdy ubrana w czarny gorset i ponczochy na podwiazkach, w cylindrze na glowie siedzi na stole i wymachuje oblednie dlugimi nogami. I spiewa. Blekitny aniol czyli Marlena Dietrich, a tak prywatnie Maria Magdalene Dietrich von Losch, najslynniejsza niemiecka aktorka i szansonistka urodzila sie w Berlinie (na ulicy Lebera w dzielnicy Schöneberg) w roku 1901. Aktorstwa uczyla sie w Berlinie u samego Maxa Reinhardta. Zaczela wystepowac w poczatku lat 20. W roku 1924 wyszla za maz za Rudolfa Siebera. Slawe miedzynarodowa przyniosla jej rola jasnowlosej femme fatale w filmie Josefa von Sternberg "Blekitny aniol" (1929) wedlug powiesci Henryka Manna "Profesor Unrat", napisanej w roku 1905. "Blekitny Aniol" byl nie tylko wielka kreacja aktorska Marleny, lecz przede wszystkim stworzyl jej "image". Odtad az do smierci, a i po smierci, Marlena postrzegana byla wlasciwie tylko jako kobieta-wamp. Sama aktorka dbala tez o podtrzymanie tego wizerunku. Ubierala sie ekstrawagancko. To ona wprowadzila w latach 30. mode na meskie stroje, garnitury, kapelusze, krawaty dla kobiet. Do dzis pewien rodzaj spodni (z kantem, z zakladkami w pasie i skosnymi kieszeniami) okresla sie w zurnalach jako "spodnie Marleny", a jej zycie osobiste - rózne romanse damskie i meskie - bylo jeszcze bardziej ekstrawaganckie niz jedwabne garnitury i krótkie blond loki. Tymczasem za tym frywolnym wizerunkiem kryla sie nie tylko znakomita osobowosc artystyczna, ale i niezwykly czlowiek, trzeba przyznac, uparty i konsekwentny.
Marlena byla zdecydowanym wrogiem narodowego socjalizmu. Po dojsciu Hitlera do wladzy wyemigrowala do USA, w roku 1937 otrzymala obywatelstwo amerykanskie, angazowala sie politycznie, a podczas II wojny swiatowej przebywala na froncie, wystepujac jako piosenkarka w obozach polowych armii amerykanskiej. Po wojnie nie wrócila do Niemiec. Wystepowala glównie w filmach amerykanskich, ale poswiecila sie przede wszysztkim karierze piosenkarki. Po raz ostatni wystapila w filmie Just a Gigolo (1978) u boku gwiazdy rocku, Davida Bowie. W ostatnich latach przed smiercia zyla samotnie w Paryzu. Zmarla w Paryzu w roku 1992, a pochowano ja, zgodnie z jej zyczeniem, w Berlinie na cmentarzu w dzielnicy Steglitz. Berlin byl bardzo wazny w jej zyciu. W roku 1987 opublikowala pamietniki pod tytulem "Ich bin, Gott sei Dank, Berlinerin" (Dzieki Bogu jestem berlinianka). Berlin byl tez motywem przewodnim jej, bodaj czy nie najslynniejszej, piosenki, w której spiewala "Wciaz jeszcze mam walizke w Berlinie".
Natomiast latami Marlena "nie byla wazna" dla Berlina. Berlinczycy dlugo nie potrafili jej darowac "zdrady" czyli zaangazowania politycznego na rzecz USA w wojnie z Niemcami. Dla nas brzmi to wszystko absurdalnie. W demokratycznym kraju, który zdecydowanie odcial sie od swej hitlerowskiej przeszlosci, w którym nikt tego nie odwazylby sie publicznie powiedziec, brano za zle slynnej aktorce jej wystepy dla amerykanskich zolnierzy walczacych w Europie przed pól wiekiem. Marlena nie miala ulicy w Berlinie, na jej domu rodzinnym dlugie lata nie wisiala nawet skromna tabliczka informacyjna, jej pogrzeb zostal potraktowany jak prywatna sprawa pewnej zmarlej aktorki, a miasto nie zdobylo sie na zorganizowanie najskromniejszych nawet uroczystosci zalobnych. Natomiast, o dziwo, narozna knajpka tuz za rogiem ulicy Lebera, a wiec lokal, który jest gastronomiczno-towarzyska specjalnoscia Berlina, nazywa sie "Blekitny aniol". Poniewaz narozne knajpki sa osrodkiem prostego i niewyszukanego zycia sasiedzkiego typu: piwo, gra w rzutki, rozmowa o polityce, nalezy wnioskowac, ze tak zwany prosty czlowiek nie ma nic przeciwko Marlenie, a jej berlinskie "nieistnienie" przypisac nalezy raczej srodowiskom opiniotwórczym niz opinii srodowiska.

Dopiero w kilka lat po smierci Marleny Dietrich miasto nagle sie ocknelo i wtedy zaczal sie nastepny, chyba równie zenujacy, rozdzial historii pod tytulem "Marlena i Berlin". Bo nagle Senat Berlina oraz dwie dzielnice, Schönberg, gdzie sie urodzila i Steglitz, gdzie ja pochowano, zaczely staczac regularne boje o prawo nazwania placu lub ulicy jej imieniem. Jak to czesto bywa w takich wypadkach, walke wygral wcale nie ten, komu by sie "z wieku lub urzedu ten zaszczyt nalezal", lecz... Potsdamer Platz! W roku 1999, kiedy imieniem Marleny Dietrich ochrzczono niewielki plac, polozony w samym centrum molocha, zwanego PoPla, okazalo sie nagle, ze to czego nie potrafily zrobic wladze, spokojnie i nie ogladajac sie na boki zrobil pieniadz. PoPla nie jest Berlinem, PoPla to eksterytorialny kawalek globalnego swiata. Dla ludzi biznesu nazwisko najslynniejszej niemieckiej aktorki znaczy to, co znaczy - pieniadze. Jej plac otaczaja postmodernistyczne budynki Piezo Reniego i Jahna, kina Sony'ego, w tym kopulaste kino IMAX z ekranem w dachu, hotel, teatr muzyczny, bank, centrum handlowe, muzeum Marleny Dietrich i archiwum filmowe. Przez plac brukowanym plytkim korytem przeplywa woda, na sztucznej wysepce stoi obla, blyszczaca, blekitna rzezba. Wyglada jak ogromne szafirowe bombki na choinke, sklejone w cos w rodzaju modelu rozmnazania komórek albo laczenia sie atomów. Ale moze, jak przystalo na plac Marleny Dietrich, jest to blekitny aniol.



PLOTKI Z TERAZNIEJSZOSCI
Dzisiaj troche poplotkujemy, mawiala moja kolezanka ze studiów, stawiajac na stole wino i paluszki. Mam ochote dzisiaj troche poplotkowac. Zrobilo sie cieplo, w Berlinie wszystkie knajpy wystawily juz stoliki i krzeselka na ulice, tak by spragniony kontaktu z natura mieszczuch mógl sie do woli nacieszyc sloncem. Knajpy sa ulubionym miejscem zycia berlinczyka, co wiaze sie z faktem, ze wciaz wiele mieszkan w starych dzielnicach, takich jak Kreuzberg, Wedding, Neukölln, Freidrichshein, Prenzlauer Berg jest ogrzewana piecami, czesto ma toalete na pólpietrze, a ogólnie sa to dormitoria ciasne, ciemne i ponure, a zima na dodatek zimne. Przed dziesieciu laty pracowalam w schroniskach dla osób ubiegajacych sie o azyl politycznych i pamietam niewymowne zdumienie pewnej Rosjanki, która, szukajac niedrogiego mieszkania, wciaz trafiala na takie wlasnie oferty: z piecami i bez toalety. "U nas nikt tak juz nie mieszka", oswiadczyla, zbulwersowana faktem, ze zloty Zachód okazal sie nie calkiem zloty. Mieszkancy ciasnych mieszkan zyja w knajpach, najchetniej w knajpach ulicznych. Ale w knajpach przesiaduja wszyscy, intelektualisci w stylowo pogniecionych lnianych marynarkach, menadzerowie w szarych krawatach do szarych koszul i szarych garniturów (uwaga panowie - strój obowiazkowy w roku 2000!), a takze pewna pani w srednim wieku, zawsze ubrana w jedwabne chinskie stroje i spiczaste slomkowe kapelusze. Pani uwaza sie za ksiezniczke, jezdzi na wrotkach i utrzymuje sie z tego, ze urzadza przyjecia, których glówna atrakcja jest ona sama.
Wlasnie swieci slonce, wiec, mimo iz moje mieszkanie jest jasne, cieple i przyjemne, i do tego ulubiony kot czeka niecierpliwie na dostawe swiezego indyka, jade jeszcze na Kudowa Strasse. Ulica Kudowa przygotowuje wlasnie swoje uliczne swieto, nazwane KuK czyli Kudowa i Kultura. Powstala "organizacja uliczna" i zaproszono mieszkanców Kudowy, która przed wojna nazywala sie swojsko Bad Kudowa. Bad czyli Zdrój. Przyjechalam tu, bo w koncu jako, badz co badz, "felietonistka uliczna" mam pewne obowiazki sluzbowe. Ale nic nie ma, nie ma knajp, ani sklepów, ulica Kudowa wyglada tak, jakby mieszkali tam glównie skromnie sytuowani rencisci. Moze tacy, którzy kiedys, we wczesnym dziecinstwie z mama, ciocia i niania jezdzili na wakacje do Bad Kudowa. Niedlugo sie to zreszta zmieni, bo na sasiedniej ulicy powstaje ambasada Izraela, a to w kazdym kraju i miescie jest takie miejsce, gdzie czasem bywa niebezpiecznie.
W okolicy znajduje jednak jakas kawiarnie. Przyjemny powiew eleganckiej beztroski. Zludny, ale kojacy, jesli przez chwile sie w nim zanurzyc. Zamawiam kawe, pale papierosa (do tego pewnie nie wolno sie juz publicznie przyznawac) i czytam "Die Zeit", czyli obowiazkowa lekture porzadnego niemieckiego inteligenta. Gazete wydaje, a moze raczej wydawala kiedys, Marion hrabina Dönhoff, nazywana przez surowych opozycjonistów polskich "czerwona hrabina" - za bratanie sie ongis z redakcja "Polityki" i w ogóle sferami rzadowymi. Pewnie teraz juz jej to darowano, zwlaszcza, ze kazdy - byly opozycjonista czy nie - nadzwyczaj chetnie zobaczylby swoje nazwisko na lamach "Die Zeit". Hrabina zreszta jest obecnie znana jako autorka ksiazek o dziecinstwie i mlodosci w Prusach Wschodnich. W "Die Zeit" cale mnóstwo plotek. Niejaki Freimut Börngen z obeserwatorium astronomicznego w Tautenburgu kolo Jeny odkryl planete numer (11075)1992 SP26 i nadal jej imie... hrabiny Dönhoff. W Anglii jest juz pierwsza wirtaulna spikerka, a w Polsce - Wiktoria, wirtualna kandydatka na prezydenta. Wiktoria potrzebuje podobno stu tysiecy podpisów, zeby rzeczywiscie stanac do wyborów. Chcialam jej twórcom poslac podpis e-mailem, bo bardzo lubie wszelkie gagi, ale wcale jej w internecie nie bylo. Na liscie bestsellerów "Die Zeit", w kategorii ksiazek popularno-naukowych, pozycja 4 pokazuje, jak dalece zyjemy w nowych czasach: Yamamoto Tsunetomo, Hagakure, Angkor 20,- DM. Z calej linijki rozumiem tylko 20 marek. A Angkor to nie swiatynia w Kambodzy tylko wydawnictwo. Gdybyz to "Hagakure" bylo tytulem powiesci, to jeszcze, w powiesci wszystko wolno, ale nie, to jakas ksiazka cwiercfachowa na jakis temat. Jaki? Moze o terazniejszosci. Terazniejszosci, jak wiadomo, nie ma, jest tylko przeszlosc, co do której wcale nie mozna byc pewnym, ze sie naprawde zdarzyla, i przyszlosc, której i tak nie ma, bo dopiero nadejdzie, ale ostatnio naukowcy doszli jednak do wniosku, ze cos w rodzaju terazniejszosci istnieje i trwa... trzy sekundy. Tyle potrzebuje mózg na zapisanie i przewartosciowanie dostarczonej mu informacji. Przy okazji zbadano tez, ze przecietny uscisk dloni trwa wlasnie trzy sekundy. A zatem jedynym bytem realnym jest amerykanski hand shake. Amerykanie sa narodem konkretnym i dzieki im za to, bo zapewnili swiatu wartosci istniejace niepodwazalnie.



KWIECIEN - PLECIEN
Pierwszego kwietnia, i nie byl to wcale Prima Aprilis, w "Estrel", jednym z najelegantszych hoteli w Berlinie, mieszczacym sie jednak w bardzo nieeleganckiej dzielnicy Neukölln, odbyl sie mecz bokserski: doktor Klitschko kontra Donovan Roddock. Nie wiedzialam, ze mozna zostac doktorem boksu. Ale nie mam pojecia o boksie, wiec moze doktor Klitschko leczy migdalki, a boksuje sie dla przyjemnosci po godzinach. Bylam wlasnie sluzbowo w okolicach hotelu "Estrel", wracam autobusem i popatruje sobie na ulice, które wcale nie sa specjalnie ladne, ot, ulice. Mnóstwo nijakich budynków z lat 70, troche kamienic z przelomu wieku (poprzedniego), czesciowo przyjemnie starych, ale czesciowo oblupanych doszczetnie z historyzujacych fidrygalków - byla taka epoka w dziejach powojennego Berlina, kiedy to mlody gniewny (wówczas) architekt Scharoun stal sie misjonarzem zamieniania historyzmu i secesji w gladka nowoczesnosc, a efekty tego Bildersturmu widac w Berlinie niemal na kazdym kroku. Jade ulicami Harzu - wszystkie nazwy w tej dzielnicy nawiazuja do tego niewielkiego pasma górskiego. O Harzu kazdy racjonalny mieszczuch przypomina sobie co najmniej raz na rok, w porze Wielkanocy, bo 30 kwietnia, w Noc Walpurgi na Brockenie (najwyzszy szczyt Harzu - 1142 m.n.p.m.), odbywa sie zlot czarownic, co, jak wiadomo, opisal miedzy innymi Goethe w "Fauscie". W czasach RFN i NRD Harz byl podzielony miedzy oba panstwa niemieckie, a Brocken lezal po stronie NRD, tuz przy samej granicy, wiec sila rzeczy nic tam sie nie moglo dziac. Granica byla dobrze pilnowana, a ideologiczne racje stanu wypedzily nawet czarownice. Ale jak tylko zjednoczenie Niemiec oddalo Niemcom wschodnim i zachodnim ich ulubiony Brocken, czarownice natychmiast wrócily. 30 kwietnia na Brocken zjezdzaja tlumy. Tlumy wiedzm i wiedzminów oraz tlumy turystów. Plona wielkie ogniska, odbywaja sie zbiorowe tance i hulanki, polaczone z piciem duzych ilosci tradycyjnego metu czyli po prostu miodu pitnego. Miejsca w hotelach i pensjonatach trzeba rezerwowac mniej wiecej na rok wczesniej, parkingi sa przepelnione, kolejka górska peka w szwach. Wszyscy cytuja Goethego, a co bardziej oczytani równiez Heinego, który przeszedl przez Harz na piechote i byl oczywiscie równiez na Brockenie. To wie prawie kazdy. Tak jak niemal kazdy jest dzis specjalista w sprawie czarów, czarownic, apokalipsy, armagedonu, magii kamieni, imion, liczb, kwiatów, drzew... Natomiast malo kto wie, dlaczego zwariowana noc czarownic nazwana zostala Noca Walpurgi. Wiec troche o Walpurdze alias Walburdze. Byla swieta. Urodzila sie w roku 710 w Anglii, w rodzinie, jak chce legenda, królewskiej, a na dodatek bardzo swietej, obaj jej bracia - Wilibald i Wunibald - tez zostali swietymi. Ich wujek, swiety Bonifacy, obarczony przez papieza misja reorganizacji zycia koscielnego, wezwal cnotliwe angielskie dziewczatka i swietobliwych mlodzianków do misjonowania wciaz jeszcze troche zbyt dzikiej Europy. Wilibald, Walpurga i jej przyjaciólka Lioba (tez swieta) udali sie do Frankonii, gdzie panny zalozyly klasztor zenski w Heidenheim. Walpurga umarla w roku 779, a w sto lat pózniej przeniesiono jej relikwie do bawarskiego miasteczka Eichenstätt i zlozono w kaplicy imitujacej kosciól Grobu Swietego w Jerozolimie, wokól której wybudowano potem romanska katedre. Katedre potem przebudowano w stylu gotyckim, ale to juz zupelnie inna historia. Od roku 893 z grobu Walpurgi wykapuja zima dziwne krople tajemniczego olejku, który zbiera sie w male buteleczki i sprzedaje pielgrzymom jako cudowny srodek na róznosci. Zapomniane juz dzis podanie glosi, ze Walpurga, czy to swiadoma istnienia magii i czarów, czy tez przekonana, ze swiezo nawrócony na chrzescijanstwo lud nie rozstaje sie zbyt latwo ze swoimi duchami, postanowila ustalic jedna noc w roku, kiedy to uwalnia sie wszystkie magiczne istoty i pozwala sie im wyszumiec. Wdzieczny lud nazwal te czarodziejska noc jej imieniem. "I to by bylo na tyle" w te kwietniowa noc.

MAJ: KOMÓRKI, WROTKI, PIESKI...
Jest wiosna, okropnie upalna, wiec na ulicach Berlina duzo sie dzieje. Po czesci jest to kwestia tradycji. Zaczyna sie 1 maja. Tradycja ta nie jest zreszta specjalnie dluga, w tym roku podano, ze od dwudziestu lat w berlinskiej dzielnicy Kreuzberg lewicowa mlodziez w róznym wieku buduje barykady i toczy walki z policja. Dwadziescia lat to niewiele, ale poniewaz, jak wiadomo, zaszly w tym czasie powazne zmiany polityczne, upadly mury i systemy, powstaly panstwa wolne i demokratyczne, te dwie dekady wybily lewicy berlinskiej (i nie tylko berlinskiej) grunt spod nóg i odebraly takim na przyklad demonstracjom pierwszomajowym wszelki sens. Oczywiscie globalny kapitalizm mógl byl w miedzyczasie nadac im sens nowy, ale jak na razie nie nadal. Przez kilka poprzednich lat mozna bylo jeszcze domniemywac, ze chodzi o zachowanie ogólnego sensu czynnego sprzeciwu jako instrumentu demokratycznej gry sil. W roku 2000, jezeli ktos jeszcze zywil dotad jakies zludzenia co do celowosci sprzeciwu obywatelskiego, to je stracil. Bo wprawdzie media na calym swiecie doniosly o tym, ze w Berlinie "demonstranci znowu sie bija z policja", ale blizszy oglad sytuacji wykazal, ze chodzi tylko o "zadyme", w której brali udzial kipiacy nadmiarem energii tureccy mlodziency oraz szukajacy "interesujacych przezyc" chlopcy z dobrych berlinskich domów, dla których wyjazd na Kreuzberg jest wyprawa równie egzotyczna jak polowanie na niedzwiedzie w Górach Skalistych. Chlopcy walczyli, trzymajac w jednej rece kamien, do rzucania w policje, a w drugiej komórke, przez która wzywali kolegów lub informowali mame, ze spóznia sie na kolacje. W walkach wzielo udzial okolo dwóch tysiecy osób. Znacznie wiekszym zainteresowaniem cieszyl sie wieczór wolnej jazdy na wrotkach i deskorolkach po centrum Berlina, jaki, juz po raz drugi w tym roku, zorganizowano 17 maja. Na póltorej godziny zamknieto glówny trakt komunikacyjny Berlina, od parku Tiergarten pod Brame Brandenburska i dalej ulica Unter den Linden do Placu Aleksandra. W Blade-Night wzielo udzial 50 tysiecy skaterów, w tym policjanci na wrotkach! Dwie nastepne imprezy planuje sie 1 i 4 czerwca. (Zapraszamy do Berlina!) Ponadto 21 maja, na tej samej mniej wiecej trasie, szykuje sie demonstracja wlascicieli psów bojowych, które wlasnie decyzja sadowa zostaly w Berlinie zakazane. Prasa juz od dawna donosila o wypadkach ciezkiego poranienia przechodniów, zwlaszcza dzieci i joggerów, przez te ohydne psiska. Wiadomo tez, ze w wiekszosci ich wlasciciele rekrutuja sie z kregów neonazistowskich. Teraz czeka ich ciezki egzamin, zblizony do XIX wiecznego uzyskiwania swiadectw moralnosci przez upadle kobiety. Ironia historyczna chce, ze wlasciciele psów poczuli sie tak przesladowani jak ... Zydzi w Trzeciej Rzeszy i poczatkowo planowali przyozdobienie demonstrujacych piesków zóltymi gwiazdami Dawida, na co jednak, wobec zgodnego protestu opinii publicznej, wladze nie wyrazily zgody.
Mniej wiecej w tym samym czasie, pewnej majowej nocy mojego goscia z Polski obudzily huczne wiwaty i fajerwerki. Wyskoczyl przerazony z lózka i zapytal drzac, co sie stalo.
"Wygralismy" odpowiedzialam. "Kto my?" Nie wiem, mieszkam w dzielnicy tureckiej, wiec moze my Niemcy, moze my berlinczycy, a moze my Turcy. I tak tez bylo. Turecka druzyna pilki noznej Galatasaray, nowa gwiazda futbolu swiatowego, wygrala mecz z druzyna angielska, co w tureckim Berlinie objawilo sie zabawa na ulicach do bladego switu. Wreszcie wszyscy zasneli, a my siedzielismy na balkonie, wschodzilo slonce i nad cichymi ulicami Neukölln melodyjny glos muezzina wzywal wiernych na modlitwe do meczetu.
Poniewaz jednak jest wiosna, to trzeba powiedziec, ze na ulicach Berlina dzieja sie sprawy mniej doniosle ideologicznie, ale równie masowe. Donosze wiec pilnie, ze masowo nosi sie nie tylko obwisle spodnie, szare bluzy pseudodresowe i ortalionowe torby, tzw. body-bags, koniecznie i po równi szerokim pasem przecinajace piers, damska i meska, ale równiez, co dotyczy juz tylko pan, bluzeczki na ramiaczkach. I - uwaga - jak w pewnym dowcipie Mleczki: "Towarzyszu Szmaciak, wszystko nieaktualne", nieaktualne jest przekonanie, ze spod takiej bluzeczki nic nie moze wystawac. Otóz po prostu spod ramiaczek bluzeczki wystaje co najmniej jedna para innych ramiaczek, skontrastowanych lub, przeciwnie, stonowanych barwa. W filmie "Erin Brokovitsch" takie ramiaczka wystaja przeslicznej Julii Roberts spod kazdej bluzki, i obowiazkowo musza wystawac kazdej z nas.
To pewnie zemsta producentów za feministyczna akcje palenia biustonoszy i dwa dziesieciolecia wolnosci damskiego biustu?



SMIERC W BERLINIE
Przed rokiem, dziesiatego maja zabil sie Christian Skrzyposzek. Od dwudziestu lat mieszkal w Niemczech, wiodac w Berlinie trudna egzystencje pisarza i samotnika. Zyl trudno i umarl równie trudno. Pogrzeb odbyl sie z udzialem ksiedza katolickiego, który nie ukrywal, ze zegnamy samobójce i byl pewien, ze Bóg przyjmie do siebie "brata naszego, Christiana", oczekujac od uczestników modlitw w tej wlasnie intencji. Wszelka mu za to czesc i chwala, rzadko sie bowiem zdarza, zeby ksieza katoliccy potrafili znalezc wlasciwe slowa w obliczu samobójstwa. Tolerancja i ekumeniczny humanizm to wartosci, o które w codziennym zyciu berlinskim w ogóle nielatwo. Znacznie wazniejsze sa pryncypia, zasady, twarda i nieugieta postawa. Dwudziestego pierwszego maja odbyl sie kolejny akt dyskusji o pomniku holocaustu. Lea Rosh i czlonkowie Komitetu Budowy Pomnika przykleili przed Reichstagiem kartki z napisem "To jest miejsce, gdzie stanie pomnik". Na pewno byl to gest sluszny, a przeciez jednoczesnie straszny w swej zawzietej pryncypialnosci. Straszny jak cala odrazajaca dyskusja na temat Pomnika. Ciarki mnie przechodza na mysl o tym, ze sprawcy odzegnuja sie od pamieci zbrodni, ale tez wzdragam sie, gdy dzieci ofiar sila próbuja wymusic zal na dzieciach katów. Tu, mówi gest Lei Rosh, tu jest to miejsce, w którym musicie pamietac o nieludzkich niemieckich zbrodniach, tu, w centrum Berlina trzeba pielegnowac pamiec o Niemcach jako narodzie morderców. Zal i skrucha ze strony niemieckiej, przebaczenie ze strony zydowskiej. Taka idea miala przyswiecac pomnikowi Holokaustu. Nic z niej nie zostalo. Pobozni Zydzi, odwiedzajacy groby swoich bliskich, przynosza na cmentarz kamien. Kamien pamieci.
Tysiac lat temu cala Europe ogarnelo szalenstwo budowy wielkich kosciolów. Bylo to wielkie zadanie techniczne, ale tez wielki akt skruchy i pokory. Kazdy, kto czul sie grzeszny i winny przynosil glaz na budowe kosciola. Kamien skruchy.
Moze zamiast dyskutowac, zaczelibysmy przynosic kamienie. Kamien pamieci i kamien skruchy. Jednaki gest dla dzieci katów i dzieci ofiar, skromny, autentyczny, osobisty symbol paru waznych wartosci humanistycznych. Nic wiecej - góra kamieni.

Tymczasem 30 maja prasa berlinska doniosla, ze wyjasnil sie najwiekszy i bodajze najbardziej spektakularny przypadek krazdziezy dziel sztuki w Berlinie. 20 marca zostal skradziony samochód dostawczy peugeot boxer, w którym znajdowaly sie dziela sztuki, o lacznej wartosci póltora miliona marek, rzezby i obrazy takich artystów jak Heinz Trökes, Käthe Kollwitz, Erich Heckel, Gabriele Münter, Joan Miro, Lyonel Feininger, Ernst Barlach, Friederike van Duiven, Otto Dix i Marc Chagall. Eksponaty zostaly przywiezione z Kolonii i nastepnego dnia mialy byc wystawione do sprzedazy podczas aukcji. Zaalarmowana przez kierowce samochodu policja rozpoczela dochodzenie, do akcji wlaczyly sie firmy ubezpieczeniowe, oferujace wysokie premie za pomoc w odnalezieniu skradzionych dziel sztuki - wszystko jednakze bez skutku.
Tymczasem...
Tymczasem zupelnie inny dzial policji berlinskiej, odpowiedzialny za zupelnie inne przestepstwa, prowadzil rutynowo swoje sprawy. W dniu 17 kwietnia urzednicy wydzialu do spraw kradziezy samochodów przeprowadzili rewizje w mieszkaniu niejakiego Krzysztofa S. Za szafa odkryto dwa obrazy.
Reszty juz mozna sie latwo domyslic. Bioraca udzial w rewizji policjantka wyznala prasie, ze wprawdzie nie zna sie na sztuce, ale wydalo sie jej, iz znalezione za szafa obrazy... nie pasuja do reszty mieszkania podejrzanego.
Krzysztof S. ma 29 lat, mieszka w berlinskiej dzielnicy Spandau przy Hedwigstraße i jest Niemcem pochodzacym z Polski. Prasa nazywa go zatem Deutschpole - niemiecki Polak - a Polacy w Berlinie Bogu dziekuja za ten niemiecki przydomek.
Krzysztof S. twierdzi, ze nie zamierzal krasc zadnych dziel sztuki, interesowal go tylko samochód, który zamierzal uplynnic w Polsce, a cala sprawa utrudnila mu zycie, bo po pierwsze nie mógl wywiezc samochodu, a po drugie - musial pozbyc sie tych cholernych obrazów i rzezb. Twierdzi, ze rzezby wywiózl na zlom, grafiki spalil, niektóre obrazy sprzedal zaprzyjaznionemu paserowi za kilka tysiecy marek (przynajmniej ta czesc opowiesci okazala sie prawda), niektóre wywiózl na smietnisko, zbyt duze, które nie miescily sie w samochodzie osobowym... przepilowal.
Na usta cisna sie róznorakie epitety, z których najlagodniejsze brzmia - idiota i kretyn. Tymczasem...
Tymczasem... wcale nie jest wykluczone, ze mamy do czynienia z niezwykle wyrafinowanym zlodziejem dziel sztuki, kamuflujacym sie jako komediowa figura wiejskiego przyglupa, który o niczym nie wie, nic nie chcial i na niczym sie nie zna...
Tymczasem... go aresztowano, co dla dobra sledztwa podano do wiadomosci publicznej dopiero w maju.
Tymczasem... berlinska dzielnica Spandau, gdzie mieszka nasz delikwent, ma slowianski rodowód, jej nazwa brzmi wlasciwie Szpandawa i miescil sie tu gród wendyjski, który wszedl do historii, bo jego mieszkancy zbuntowali sie w roku 1157 i wszczeli powstanie, krwawo stlumione przez znanego skad inad (to znaczy z podreczników historii) margrabiego Albrechta Niedzwiedzia. W decydujacej bitwie ksiaze Wendów, Jaczo, utopil sie w Haweli.
Tymczasem... Hedwigstraße, przy której mieszka nasz delikwent, to ulica swietej Jadwigi, która byla bawarska ksiezniczka z Andechs, wydana za maz za piastowskiego ksiecia Henryka zwanego Brodatym. Jadwiga slynela z typowej sredniowiecznej poboznosci. Umartwiala sie, poscila, nosila wlosiennice, pielegnowala chorych, wspomagala ubogich. Zalozyla pierwszy kobiecy klasztor na ziemiach polskich - w Trzebnicy. Przypisuje sie jej tez cuda. Miala wskrzesic umarlego, co budzi jeszcze pewne watpliwosci, oraz, co juz budzi raczej podziw i zdumienie, ochronic Legnice przed Tatarami. I rzeczywiscie, w bitwie pod Legnica (co tez znamy skad inad) Tatarzy zwyciezyli wojska slaskie i zabili syna Jadwigi, Henryka Poboznego, po czym ... zawrócili na Wschód, nie zdobywajac miasta i nie siegajac po nie broniona juz niemiecka Europe. To wtedy Polska stala sie przedmurzem chrzescijanstwa, a Jadwiga zyskala miano swietej.
Jadwiga zmarla w roku 1243. W cwierc wieku pózniej zostala kanonizowana i mianowana patronka Slaska. A w piec stuleci pózniej, gdy król pruski Fryderyk zwany Wielkim podbil Slask i wcielil go do Prus, Jadwiga zostala tez patronka Berlina. Ponoc Fryderyk próbowal w ten sposób stworzyc pewien wspólny symbol swego, wciaz jeszcze stosunkowo mlodego, królestwa. W Berlinie wzniesiono katedre pod wezwaniem swietej Jadwigi - dzis glówny kosciól katolików berlinskich w centrum miasta - oraz w Spandau klasztor i przy klasztorze szpital. Jadwiga ma w Berlinie ponadto trzy inne ulice.
Tymczasem... do Berlina przyjechali Czeslaw Milosz i Bill Clinton, a jutro czyli 1 czerwca w Hanowerze otwarta zostanie Wystawa Swiatowa.



CZERWIEC: OGRODY I OGRÓDKI
W berlinskim Ogrodzie Botanicznym... Porzadny berlinczyk udaje sie tam co najmniej raz do roku, najczesciej wtedy, gdy prasa doniesie, ze kwitnie victoria regia - to sa te ogromne, plywajace po wodzie liscie, na których z upodobaniem siaduja male dziewczynki w bialych sukienkach. Victoria regia w berlinskim ogrodzie botanicznym byla bodajze najslynniejsza w Europie, najwieksza, najstarsza, najczesciej kwitla, w kazdym razie byla superniezwykla i ogromna, az pewnej mroznej zimy przed kilkoma laty palacz... zapomnial napalic w piecu i wystarczyla jedna noc, victoria regia zamarzla, i wprawdzie od razu zasadzono nowa, ale to juz nie to samo. Na szczescie wciaz jeszcze rosnie ogromny krzak glicynii, na przedmiesciu Berlina, w Heiligensee, kolo malego domku, który kiedys nalezal do kolei niemieckiej, a w którym potem mieszkala latami dadaistyczna malarka Hannah Höch. Byla autorka kolazy i tak tez, jak kolaz, zaprojektowala swój ogród - dziko rosnaca mozaike ponad 800 roslin. Artystka dawno juz nie zyje, w domku zamieszkal nastepny malarz, Johannes Bauer-Sachs, a glicynia wyrosla nad podziw, jak rzepka w ogrodzie, przerosla dom, gestwa fioletowych kwiatów pokryla caly dach i zwiesza sie ciezka grzywa po przeciwleglej stronie.
W Ogrodzie Botanicznym oprócz kwiatów koniecznie trzeba obejrzec ogromne szklarnie, wybudowane w XIX wieku i znakomicie rozbudowane w latach 80 przez Engelberta Kremsera, niemieckiego architekta, który urodzil sie i wychowywal w Raciborzu. Do Niemiec wyjechal w latach piecdziesiatych. Kremser nadal swietnie mówi po polsku, a zapytany znienacka, kim wlasciwie jest, Polakiem czy Niemcem, odpowiada jak Sybilla Pytyjska, ze jego ojczyzna to tamte miasta, wioski i krajobrazy nad Odra. Kremser jest architektem-wizjonerem - tworzy dziwne, porosniete kwiatami i pelne mozaiek budynki, z kapiacego ciezkimi kroplami betonu, po których plynie woda. W wiekszosci w ogóle nie moze ich zrealizowac, bo czasy sie zmienily i wszyscy buduja teraz postmodernistyczne domy ze szkla lub próbuja sil w dekonstruktywizmie. W Berlinie zatem mozna obejrzec tylko dwie duze realizacje Kremsera - obie w ogrodach: szklarnie w Ogrodzie Botanicznym i zespól kawiarniany nad jeziorem na terenie niemieckiej wystawy ogrodniczej - odbywaja sie takie co dwa lata, ostatnia zorganizowano w zeszlym roku w Brunszwiku - nazywanym obecnie Britzer Garten.
Berlin sie rozbudowuje na potege, ale dla wariackich domów i ogrodów nie ma w nim miejsca, wiec Kremser tworzy teraz, jak Hannah Höch, na prywatny uzytek wlasny dziwny ogród. Wzorem jest tu toskanski ogród rzezb Niki de Saint-Phalle lub, byc moze... ogród, jaki Paszczak wymyslil dla Muminków, Mimbli i innych malych zwierzatek, które wiaza kokardki na ogonie. Jest tu skrecony jak wyzety recznik portal, mozaikowy dywan, kamienne lampy, pergole, lawa-tron, która wywoluje efekty muzyczne jak muszla koncertowa... A to dopiero poczatek. Ale wrócmy do Ogrodu Botanicznego. Ogród jaki jest kazdy wie. Duzy, ciekawy, ladny. W szklarniach nie tylko victoria regia, ale przede wszystkim kaktusy, orchidee, kamelie (cudownie piekne, rzeczywiscie mozna sie zakochac) i ogromne tropicarium po którym fruwaja kolibry. Poza tym, jak we wszystkich ogrodach, kwitna kwiaty, rosna nieznane drzewa, w porosnietych rzesa stawach kumkaja zaby. Rzezby w stylu wloskim. Tuz kolo toalet ogród zapachów - dziwna kombinacja, ale juz po chwili, zanurzajac nos w czosnku, szalwi i lawendzie, mozna zapomniec o nieco inaczej woniejacym sasiedztwie. Tu tez, na specjalnej tablicy, mozna przeczytac informacje niezwykle pouczajaca, iz w drugiej polowie XVIII wieku niejaki August Sprengel odkryl, ze kwiaty posiadaja zycie seksualne, maja meskie i zenskie narzady plciowe i potrzebuja owadów do spelniania funkcji rozrodczych. Sprengel byl nauczycielem w liceum w Spandau. Byl tez podobno czlowiekiem bardzo skromnym, który nikomu sie z niczym nie chcial narzucac. Ale... amicus Plato, sed magna amica veritas... Prawda o zyciu kwiatków, pszczólek i motylków byla tak wazna, ze musial ja jednak przekazac opinii publicznej. A "opinia", jak zwykle, zareagowala gwaltownie i bardzo negatywnie. Goethe, wielki znawca przyrody, autor traktatów o roslinach, kosciach i kamieniach (a do tego jeszcze zagorzaly milosnik i kolekcjoner prapianów czyli obiektów sztuki erotycznej) zareagowal chyba najgwaltowniej. "Pan Sprengel", napisal niemiecki ksiaze poetów, "chyba przesadza z antropomorfizacja stosunków zachodzacych w przyrodzie!"
Czas pokazal, ze Sprengel mial racje, a Goethe byl jednak lepszym poeta niz przyrodnikiem. Ale, dla zachowania proporcji, Goethe ma w Berlinie ulice w samym centrum miasta i jeszcze szesc w róznych innych dzielnicach oraz park, a Sprengel jedna ulice w Spandau czyli tam, gdzie pracowal w szkole.
Ponadto, skoro juz jestesmy przy parkach i ogrodach, a nie wiadomo, kiedy znowu wrócimy do tego tematu, podaje, ze najwiekszym i najpiekniejszym parkiem angielskim w Berlinie i jednym z najpiekniejszych w Europie jest Park Zwierzyniecki czyli Tiergarten, polozony na pólnoc od Potsdamer Platz i na zachód od Bramy Brandenburskiej. Ponadto jest jeszcze ogród chinski z herbaciarnia, ale dopiero powstaje i jeszcze tam nie bylam, napisze jak obejrze.


LIPIEC: ROSLINY, ZWIERZETA I WALTER BENJAMIN
Juz dawno temu obiecalam poplotkowac o tym, kto nie ma w Berlinie swojej ulicy, mimo iz sa ulice zeremi bobrowych i lisiej jamy (nie zartuje), ale latem w Berlinie dzieja sie na ulicach niezwykle sprawy i wciaz braknie mi miejsca na plotki pozasezonowe.
Charakterystyczna cecha letnich imprez w Berlinie jest masowosc. Szescset tysiecy ludzi bawilo sie podczas festynu kultur, tylez samo podczas Cristophers Street Day czyli swieta homoseksualistów plci wszelakiej, póltora miliona gosci wezmie udzial w najwiekszej dyskotece muzyki techno na swiecie czyli Love Parade. Moze zreszta bedzie ich nawet dwa miliony. Przez dwa dni mlodziez bedzie tanczyla na ulicy wiodacej srodkiem parku Tiergarten, od placu z Kolumna Zwyciestwa (nad Napoleonem!) do Bramy Brandenburskiej. Bedzie to juz jedenasta Love Parade, a kazda nastepna jest wieksza i glosniejsza od poprzedniej, od dziesieciu juz lat organizatorzy Parady klóca sie z miastem o to, kto ma sprzatac tony smieci, kto ustawi wychodki, a kto je bedzie musial opróznic, a od czasu do czasu slychac tez jakies cichutkie popiskiwania ekologów, którzy donosza, ile zwierzat i roslin w Tiergarten zdechlo, zdycha lub zdechnie wskutek parady milosci. Zabija halas, tlum, mocz (wychodków nigdy nie starcza), noca dochodzi do tego oslepiajace swiatlo. Parada na dobre wytepila w parku rozmaite rosliny i zwierzeta, jakies slimaki, stonogi, króliki i jeze, a inne znacznie przetrzebila. Po paradzie na zdeptanej do zera trawie natknac sie mozna na smutne truchelka róznych stworzen. Ale w swiecie komputerów, muzyki techno, telefonów komórkowych, globalizacji, niezwyklych karier, internetu i wiecznej zabawy nie ma miejsca na pytanie, co robia sowy i zaby, podczas gdy mlodzi ludzie z calego swiata kochaja sie i w ogluszajacym huku udowodniaja, ze maja w nosie rasizm, doroslych i ekologie.
A propos zwierzat i ekologii... w Hamburgu nieduzy ale sprawny piesek bojowy zagryzl szescioletniego chlopca, i nagle wszyscy sie obudzili, politycy i obywatele, i wielkim glosem wolaja, ze trzeba z tym cos zrobic, radykalnie, skutecznie i natychmiast. Natychmiast zostal wprowadzony nakaz prowadzania tych milych zwierzatek na smyczy i w kagancach. Trzeba bylo na to pietnastu lat - bo wtedy owe pieski weszly w mode - i smierci malego dziecka. Odzywaja sie glosy, ze wszystkie te zwierzaki najlepiej byloby uspic, zabic, wykonczyc, ale do zadnych radykalnych dzialan nie dojdzie, gdyz w Niemczech obowiazuje prawo ochrony zwierzat, niezbyt skuteczne, skoro nie chroni jezy w parku, ale ogólnie rzecz biorac zajmujace sie jednak zwierzatkami. Na razie wszyscy dyskutuja zawziecie, co jest w ogóle ulubiona rozrywka.
Zmiana nazw ulic, zwlaszcza od czasu gdy po czesci stala sie koniecznoscia polityczna, jest zreszta równiez ulubiona rozrywka berlinczyków. W taki to sposób nareszcie doczekal sie czegos w rodzaju ulicy czolowy niemiecki publicysta okresu miedzywojennego, pisarz i filozof, Walter Benjamin. Benjamin urodzil sie w roku 1892 w Berlinie, zmarl 27 wrzesnia 1940 roku w Hiszpanii. Byl Zydem. W marcu 1933 opuscil Niemcy. Udal sie do Paryza, skad udalo mu sie ponownie uciec tuz przed zajeciem miasta przez wojska niemieckie, do Marsylii, skad przedostal sie do Lizbony. Po przekroczeniu granicy hiszpanskiej, gdy wlasciwie mógl na chwile odetchnac, nie wytrzymal napiecia i odebral sobie zycie. Benjamin byl tlumaczem Prousta, Baudelaira i Aragona na niemiecki, a jego prace filozoficzne wywarly znaczny wplyw na powojenna filozofie niemiecka, zwlaszcza na Theodora Adorno.
Benjamin nie byl jedynym intelektualista i artysta, uciekinierem z Niemiec hitlerowskich, któremu w Niemczech powojennych odmówiono pelnego i naleznego uznania. Az do smierci Marlena Dietrich uwazana byla za zdrajczynie, podczas gdy np. wspólpracujacy z Hitlerem "wielki" Karajan byl po wojnie doslownie noszony na rekach. Czepiano sie obu braci Mannów, Kurta Tucholskiego, Feuchtwangera, rzecz jasna Brechta, nigdy nie doceniono nalezycie, lub dlugo to trwalo, zanim doceniono Ernsta Lubitscha, Else Lasker-Schüler, Masche Kaléko. Wielu z emigrantów politycznych z lat 30 i 40 doczekalo sie uznania tylko w... NRD, gdzie bylo to gra polityczna. Jednakze gdzies w poczatku lat 90 troche sie w tej sprawie ruszylo. Dostaly swoje ulice obie poetki berlinskie, Lasker-Schüler i Kaléko, powstal plac Marleny Dietrich, a w setna rocznice urodzin postanowiono uhonorowac równiez Benjamina. Wybrano uroczy placyk w dzielnicy Charlottenburg, gdzie kiedys mieszkal. Powolano tzw. inicjatywe obywatelska, rozpoczeto kampanie, ale jak juz postanowiono, ze placyk dostanie nowa nazwe, to znalazla sie grupa, która i owszem, byla za tym, ale zaproponowala innego patrona - homoseksualnego aktora, Hubertusa von Meyerincka. Obie grupy stoczyly zacieta walke na wnioski i petycje, zadna nie zyskala przewagi, zadecydowalo wiec glosowanie mieszkanców dzielnicy. Benjamin przepadl jednym glosem. Z tym jednym glosem wiaze sie pewna polska anegdota. W domu przy placyku Meyerincka mieszka bowiem autor i tlumacz poezji niemieckiej na polski, wielki zwolennik Benjamina, który nie oddal glosu, bo... zaspal. Artysta jak artysta, pracuje noca, a spi w dzien, komisja zas przyjmowala glosy tylko, no, powiedzmy, do godziny 15... Benjamin dostal zreszta wkrótce inny placyk, tez w Charlottenburgu. Niestety nie byl to juz uroczy placyk z laweczkami, drzewami i rzezbami, tylko parking przebudowany na blokowisko. Wniosek z tego, ze nawet artysci, jesli maja brac udzial w zyciu spolecznym, powinni wstawac przed 15.00.


LIPIEC: BRUD TO ZDROWIE
Naprawde. Wlasnie o tym doniosly brukowe gazety berlinskie, którym nieprzytomny i zalatany berlinczyk zawdziecza wiele podobnych informacji, przed kioskami gazetowymi stoja bowiem na ulicy duze tablice, a na nich wielkimi literami tytuly artykulów z pierwszej strony. Czyli najwazniejszych. Tak to dowiedzialam sie, ze brud to zdrowie, a czystosc jest niezwykle szkodliwa. Nie jest to zreszta wiedza tak zupelnie nowa. Juz ze dwadziescia lat temu naukowcy stwierdzili, ze w brudnych krajach nie ma choroby Heine-Medina, a wlasciwie Heinego i Medina. Jacob von Heine (1800-1879) byl lekarzem niemieckim, a Oskar Medin (1847-1927) szwedzkim i obaj zajmowali sie poliomyelitis czyli porazeniem dzieciecym. Nie tak z kolei dawno para Holendrów zaproponowala styl zycia, polegajacy na niewyobrazalnym wrecz oszczedzaniu. Chyba w ogóle pasuje to do Holendrów, bo Anglicy maja nawet taki zreczny idiom going Dutch czyli isc do knajpy "po holendersku", co oznacza ze kazdy placi sam za siebie. W ramach programu oszczedzania nalezy miedzy innymi plukac wielokrotnie butelki po szamponie, wyciskac paste z tubki wraz z tubka, ubierac sie w rzeczy znalezione w workach na ulicy, bez zenady prosic przyjaciól o papierosa, pod haslem "daj mi zapalic, to sobie zaoszczedze", a nawet oszczednie zenic sie lub wychodzic za maz, korzystajac z malzonków "z odzysku" czyli po rozwodzie. Do programu nalezy równiez programowe "niesprzatanie". Po pierwsze szkoda czasu i atlasu, po drugie srodki do sprzatania kosztuja, a po trzecie i tak nic sie nie da posprzatac, bo jest to tylko przenoszenie brudu z miejsca na miejsce, z podlogi na scierke, ze scierki do wody w wiadrze, z wiadra do ubikacji, a zawsze i tak przede wszystkim na rece, które trzeba potem myc. Bez sensu. Najlepiej zyc w brudzie. Nie tylko oszczednie, ale i z pozytkiem dla zdrowia. I nie kapac dzieci! Patrzcie panstwo, a nas wychowywano w ciemnocie i przesadach i trzeba sie bylo co dzien myc.
Gdy kogos latem zmeczy zdrowy, bo brudny Berlin, jedzie na wycieczke po okolicy. Od Zjednoczenia Niemiec w roku 1990 Berlinczyk nareszcie moze jezdzic na wycieczki, co dawniej, z powodu muru i granic, bylo rozrywka niedostepna. Jezdzi sie do Beelitz na szparagi, do Werder obejrzec wiosna kwitnace sady lub jesienia napic sie mlodego jabcoka, a intelektualista musi odwiedzic pierwsza w Niemczech wioske antykwariatów w Wünsdorf-Waldstadt. Co godzine wyjezdza z Berlina do Wünsdorf-Waldstadt pociag zwany dumnie regionalexpress 5, mozna tez dojechac samochodem droga krajowa numer 96 lub rowerem, a takze dotrzec pieszo, bo obok drogi 96 prowadza do Wünsdorf równiez sciezki spacerowo-rowerowe. Idea miast/wiosek-antykwariatów powstala w Wielkiej Brytanii i powoli przyjmuje sie w innych krajach. W Szkocji miasta ksiazek zorganizowano w Dalmellington, Hay on Wye i Wingtown, w Anglii - Reading North i Lancaster, w Belgii - Damme i Redu, we Francji - Fontenoy la Joute, Becherel i Montolieu, w Holandii - Bredevoort, w Finlandii - Sysma, w Norwegii - Fjaerland, w Szwajcarii - St. Pierre de Clages, w Kanadzie - Sidney on the Sea, w USA - Gold Cities i Stillwater, w Japonii - Kembuchi i Miyawaga, w Malezji - Kampung Buku. W Niemczech powstalo juz drugie takie miasteczko w Mühlbeck/Friedersdorf.
Wioske ksiazek w Wünsdorf-Waldstadt otwarto w roku 1998 na terenie bylych koszar. Wielki garnizon zbudowano tu w roku 1910 czyli w czasach cesarza Wilhelma II, z niewiadomych mi powodów zwanego w Polsce zawsze Wilusiem. Po upadku cesarstwa z koszar korzystaly i rozbudowywaly je po kolei armie Republiki Weimarskiej, Trzeciej Rzeszy i NRD, która ustapila tu miejsca armii sowieckiej. Rosjanie wybudowali w Wünsdorf-Waldstadt miasto wojskowe o powierzchni 590 hektarów, zblizone pewnie troche do polskiej Legnicy. Specjalisci-reklamowcy az sie zachlysneli z wrazenia, gdy, po niemal stu latach, duch militarny ustapil w Wünsdorf ksiazce. Taki symbol nowego ducha!
Antykwariatów jest na razie 18, zgrupowanych w trzech budynkach, ale juz powstaje nastepny. Reklama glosi, ze do sprzedazy wystawiono tu 100 tysiecy ksiazek, grafik, map i pocztówek. Antykwariaty sa otwarte od czwartku do poniedzialku, od 10.00 do 18.00. W Wünsdorf mozna tez obejrzec wystawe dokumentujaca historie miasta, zwiedzic dwa systemy bunkrów i koszary wszecharmii, obejrzec muzeum starych motocykli oraz wystawe o zyciu i twórczosci Kurta Tucholsky'ego, a potem zjesc obiad lub napic sie kawy w restauracji na glównym placyku we wsi. Uwaga - w weekend zjedzenie obiadu jest zadaniem nader czasochlonnym.


SIERPIEN: NIEDZIELA I DOM
Sloneczna, letnia niedziela. Leniwe sniadanie z kawa i buleczkami, dzieci na koloniach, znajomi wyjechali. Najlepszy czas na wycieczke po nieznanym Berlinie, z dala od Placu Poczdamskiego, Reichstagu i ulicy Pod Lipami, gdzie sami turysci. Na przyklad Neukölln, najwieksza, najbiedniejsza i najmniej interesujaca dzielnica Berlina. Plac Hermanna z ogromnym budynkiem Karstadtu ma w sobie jeszcze cos z wielkiego miasta, ale juz Sonnenallee czyli Aleja Sloneczna, która odchodzi na poludnie, jest po prostu dluga brzydka ulica, zabudowana wprawdzie w wiekszosci secesyjnymi kamienicami, ale nawet secesji nie dalo sie tu uratowac. Po wojnie obrabano secesje z mieszczanskich fidrygalków. Czego nie zniszczyly naloty brytyjskie i wojska sowieckie, to zrobili sami Niemcy. W bogatych dzielnicach ktos ochronil jeszcze stiuki, girlandy, maszkarony, giete pnacza balkonów i lustra w sieniach wykladanych marmurem. Ale tam gdzie zamieszkali najbiedniejsi, na Kreuzbergu, Weddingu, Neukölln wyczyszczone do zera, bure fasady upodobnily sie do szybko budowanych bloków z lat '60. Mieszkania dla starych, bezrobotnych i cudzoziemców. Sklepy z tandeta, centrale, z których tanio mozna dzwonic do Polski, Jugoslawii i Mozambiku, kawiarnie dla muzulmanów - brodaci mezczyzni pala wielkie wodne fajki i dyskutuja. Czasem cos mozna zrozumiec, jakis wtret niemiecki, Arbeitserlaubnis - pozwolenie na prace, acht Millionen - osiem milionów. Czego? Sklepy z czarodziejskimi sukniami dla Turczynek. Ale Turczynki na ulicy nieodmiennie maja na sobie dlugi szary plaszcz. Sonnenallee i Weichselstrasse (czyli Wislana) dochodzimy do kanalu, który tu rozdziela sie na trzy odnogi, przechodzimy przez most na wschodnia (enerdowska) strone i nagle miasto sie konczy. Na lakach nad woda pojedynczo, co najwyzej dwójkami (typowe zatomizowanie spoleczenstwa wielkomiejskiego!) siedza, leza, spia lub czytaja jakies biale golasy. Laka nazywa sie Lohmühle - Mlyn nad Loha albo (moze) Mlyn nad Dziura. Na lace rosna drzewka wisni podarowane miastu przez Japonczyków, uradowanych faktem, ze... Niemcy sie zjednoczyly. Naprawde. Ale to nic dziwnego. Wszyscy sie cieszyli i jakos to wyrazali. Bodajze w piata rocznice Upadku Muru Polacy, zamiast wyslac dwadziescia mlodych lip czarnoleskich, wydelegowali Andrzeja Szczypiorskiego, który powiedzial, ze Zjednoczenie ucieszylo i jego, i taksówkarza, który go wiózl na lotnisko. Golasy na lace zdaja sie nie pamietac o Murze, który w pierwszej wersji czyli kolczastych zasieków zbudowano w nocy z 12 na 13 sierpnia 1961 roku. W nocy z 12 na 13. Zastanawia mnie pewna sklonnosc totalitarnych wladców do kierowania sie guslami.
Na nadrzecznej lace ni stad ni z owad wyrasta osiedle wagabundów, bezdomnych i tych, którzy nie lubia normalnego zycia - Wagendorf Lohmühle, otoczony plotem uplecionym z chrustu, porosniety trawa i nawlocia plac. Kilkanascie dziwacznych domów (domów?). Barakowozy, kioski, ogrodowe altany, namiot wojskowy, wszystko pomalowane kolorowo, rozbudowane w drewniane werandy, tu i ówdzie stara wanna, wiadro pelne wody, pokrytej rzesa. Wagendorf, wioska wozów, taka, jaka budowali pionierzy na preriach Ameryki, obronna twierdza bezdomnych. Rozmawiam z Szoszem, który pewnie ma na imie George - tak sie to wymawia w Brandenburgii, jesli jest to wyraz angielski. Choc z kolei jumbo wymawia sie przez j, podobnie jak jazz, co po niemiecku brzmi jac, a jazzman to jacer. Pytam, czy mieszkaja tu jeszcze Polacy? Kiedys mieszkali, wiem. Tak. Dwóch. Moge przyjsc w srode porozmawiac albo w sobote na festiwal. Wagendorf, miejsce na styku dawnego Wschodu i dawnego Zachodu, Plac Poczdamski na odwrót. Tam rany po murze zabliznia pieniadz, tu opór przeciwko wladzy pieniadza. Tam wszystko mówi "Badz bogaty, bo nie bedziesz sie liczyl." Tu przeslanie brzmi "Jesli jestes bogaty, nic nie zrozumiales."
Dalej wzdluz kanalu. Wysoki wiadukt przerobiony na ulice dopiero po Zjednoczeniu. Od wojny nic sie tu nie dzialo. Gdy w polowie lat '90 zaczeto rozbiórke, w wypelnisku mostu znaleziono 250-kilowa bombe-niewypal. W porównaniu z czterema bombami na moscie w Szczecinie to oczywiscie zadna sensacja
Wielkie place do zabaw i sportu. Dziesieciu chlopaków wysokich jak wieze gra w koszykówke. Przebieralnie w dziwnych budynkach, ni to stajnie ni wiezienie. Ulica i kompleks starych fabryk, zajety obecnie przez Renaulta. W niedziele w pustych halach pchli targ. Ale nie taki elegancki, jak ten na ulicy 17 Czerwca w Tiergarten, gdzie antyki, prawdziwe i podrabiane, wlasciciel targu jest zbieraczem dziel szuki, a klientela nosi pogniecione lny i wyprasowane jedwabie. Pchli targ na Neukölln to pchly, graty, tandeta z Hongkongu i starocie biednych ludzi - talerzyki, miseczki, dzbanki. Cos z atmosfery bazaru w Kalkucie i zydowskiego jarmarku w Ilzy w poczatkach stulecia. Brodaci handlarze, mlodzi Turcy z nieodlaczna komórka, czarnowlose przekupki z Bosni, zachecajace "tanio, tanio, wszystko tanio". Kurz. Dwie marki, piec marek. Kupuje. Zawsze sie cos kupuje. Tanio. Dwie marki, piec marek. Potem do ogródka piwnego po drugiej stronie kanalu. Sama klientela z targu. Na stolikach kupione wlasnie lusterka, chusteczki, lyzki, lampy. Wielu gosci studiuje plan miasta. Ale to nie turysci. To berlinczycy, którzy w leniwa niedziele zwiedzaja nieznany Berlin.
DOM NA ROGU
Codziennie rano, gdy wstaje i podlewam kwiaty na balkonie, przygladam sie, jak na przeciwleglym rogu buduje sie dom. Buduje sie w nadzwyczajnym tempie i niemal sam, widuje najczesciej trzech, co najwyzej pieciu robotników, czasem pojawi sie szef, którego nawet z dala od razu mozna rozpoznac, ma w sobie po prostu cos z szefa, nawet na rusztowaniu. Robotnicy sa taktowni i nie patrza w moim kierunku, choc znajdujemy sie wlasnie na tej samej wysokosci i dzieli nas zaledwie kilka metrów, bo ulica jest raczej waska. Zastanawiam sie, czy to Polacy? Budowlana orgia w Berlinie odbywa sie bowiem rekami taniej sily roboczej z bylej Europy Wschodniej. Ludzie wznoszacy szklane palace nowej wladzy - polityki i pieniadza - banki, gmachy firm ubezpieczeniowych, biurowce, domy towarowe, zyja miesiacami jak psy w budach-kontenerach na placu budowy. Pieskie zycie. Nielegalni pracuja cicho, sprawnie i nie odzywaja sie. Podstawowa zasada brzmi bowiem - nie rzucac sie w oczy i w uszy. Europejczyk póki milczy, nie zostanie zaklasyfikowany jako cudzoziemiec, wiec Polacy, Czesi, Bulgarzy pracuja i milcza. Kiedys berlinczycy wpadna na to, ze cisza na budowie moze byc powodem donosu. Bo donos to rzecz straszna. Na dziesieciu legalnie zatrudnionych przypadaja setki pracujacych nielegalnie, na których policja urzadza lapanki, zwane po niemiecku z wloska razzia. Gdy zaczyna sie lapanka, robotnicy porzucaja prace i uciekaja, a strach sprawia, ze uciekaja nawet ci, którzy pracuja legalnie. Widac legalnosc jest tez niezbyt oficjalna. Potem policja informuje w prasie, ze zatrzymano dziesieciu, dwudziestu, a kiedys nawet siedemdziesieciu "pracujacych na czarno". Znacznie rzadziej mówi sie o tym, czy ukarano firmy budowlane. Ale zadna kara finansowa nic tu nie zmieni. To sie po prostu oplaca. Niedawno szef budowy Urzedu Kanclerza RFN przyznal beztrosko, ze dzieki oszczednosciom na sile roboczej, bedzie mozna wydac wiecej pieniedzy na wykonczenie wnetrz, polerowane granity, pozlacane krany, parkiety, weneckie okna... Podobnie jak robotnicy, równiez politycy... milcza.
Dom, który sam sie buduje na rogu mojej ulicy budzi dalsze refleksje. Dom na rogu to bowiem w Berlinie bardzo specjalny dom. Gdy po roku 1870 powstawal wielki Berlin, adres na rogu ulicy byl najlepszy, a mieszkanie narozne w naroznym budynku - najdrozsze. Paradna kamienica, zwlaszcza narozna, przypominala zamek, miala wieze, wykusze, witraze, wrota, rzezby, dziedzince, mury, studnie, stajnie. Mieszczanski sen o potedze udzielnych ksiazat. Pod koniec ostatniej wojny, podczas walk ulicznych, bastiony kamienic naroznych nabraly strategicznego znaczenia. Strzelec wyborowy w wysoko zawieszonym wykuszu trzymal w szachu skrzyzowanie i wszystkie sasiednie ulice, ale byl tez zarazem najwazniejszym i najlatwiejszym celem przeciwnika. W kwietniu 1945 roku wiekszosc berlinskich kamienic naroznych lezala w gruzach. Nawet tam, gdzie ciagi ulic zachowaly sie w calosci, na rogach straszyly leje lub haldy gruzów.
Po wojnie wielu z tych kamienic nie odbudowano. W miejscu zamku mieszczucha wyrastal maly domek pogorzelca. Czasem doslownie, domek z daszkiem jak na obrazku przedszkolaka, czasem rodzaj dlugiego murowanego baraku w ksztalcie litery L. Te prowizoryczne narozne domki przetrwaly o dziwo do konca stulecia (naszego) i dopiero obecny boom budowlany odkryl ich komercyjny bezsens. W ciagu kilku lat w mojej okolicy zniknely male domki, a bylo ich sporo. "Mój" byl ostatni. Teraz na rogu mojej ulicy powstaje kolejny monotonnie oryginalny szklany trójkatny biurowiec, klujac zarysem przyszlego owalnego dzioba w skrzyzowanie. Kolejny szklany dom. Zeromski sie pewnie w grobie przewraca.
Przewraca sie tez w grobie stara pani Arlt, do której nalezal domek. Po wojnie bylo to pierwsze przytulisko rozproszonej rodziny. Byc moze nawet sama pani Arlt odgruzowywala zbombardowany naroznik, moze to wracajacy z wojny mezczyzni wzniesli potem wlasnymi rekami ów baraczek. Potem powstal tam sklep elektryczny, prowadzony przez syna pani Arlt. Porzadny, solidny sklep. Niezbyt tani, ale i nie za drogi, z fachowa, uprzejma obsluga. Dokladnie taki, jaki powinien byc. Utrzymal sie, mimo konkurencji dwóch wielkich domów towarowych w sasiedztwie. Lokalna plotka glosi, ze stara pani Arlt umarla trzy lata temu w wieku bardzo podeszlym i, zeby ominac podwójny podatek spadkowy, zapisala posiadlosc wnukom, a moze nawet prawnukom. A ci z miejsca sprzedali rodzinny biznes za grube pieniadze. Syn pani Arlt, sam juz dosc wiekowy, przesiadywal w nieczynnym sklepie az do dnia, gdy przyjechaly spychacze.


LETNIE MODY I POGODY
W Berlinie jest lato. Fakt ten wynika z kalendarza a nie z codziennej obserwacji, bo jest zimno i leje, a w przerwach sa wspaniale burze. Kurt Tucholsky, znany przedwojenny krytyk literacki i teatralny, autor ostrych artykulów politycznych i cietej satyry, w której pastwil sie jak tygrys nad berlinskimi ludzikami, napisal, ze w Berlinie nie ma pogody, i to sie zgadza, w Berlinie nie ma pogody i nie ma pór roku, sukienki nie dziela sie na letnie i zimowe, i w ogóle nie ma sukienek, tylko takie male cos, a oprócz tego bluzki, spódnice i swetry, których mozna uzywac zawsze, tyle ze zima trzeba tego wlozyc wiecej. Ale mimo to jest nowa letnia moda. Obowiazkowo male chusteczki na glowe, wiazane z tylu (kupic koniecznie w tym roku, bo w przyszlym juz wszyscy beda je nosili, chlopcy tez, i wtedy to zadna atrakcja), spodnie tuz za kolana, lekko za tym kolanem rozszerzone i z mankietem i, nareszcie, nowe buty - lekkie, delikatne, w bajecznych pastelowo-srebrnych kolorach, na cieniutkim pionowo-plaskim obcasie, który jest po prostu waska deseczka. Sliczne jak dla ksiezniczek. A na zime kozaczki z czasów mojej mlodosci, lakierowane i do kolan, ale tez na tym obcasie jak deszczulka. W kulinariach takze nowa moda - soki i wino z rokitnika. Nie wiem, jak w Szczecinie, ale w Gdansku i w Berlinie, na okolicznych piachach to rokitnika pelno i mozna samemu przetwarzac rzeczywistosc z naturalnej w zawekowana, tyle ze paskudnie sie go zbiera, jagody paprza palce, a dlugie kolce kluja. Rokitnik ma nawet po niemiecku stosowna nazwe - Sanddorn, piaszczysty ciern. Zaprawde.
Latem w Berlinie najsympatyczniej jest w tzw. Mitte czyli Srodku. Nie mylic z centrum, bo centrum jest tam, gdzie sa banki, urzedy, rzedy i rzady, na Placu Poczdamskim albo Aleksandra, a Srodek lezy na pólnoc od Placu Aleksandra, kolo stacji kolejki naziemnej Hakescher Markt i sklada sie z kawiarni, podwórek, butików i galerii. To oczywiscie byly Berlin Wschodni. Wszystko, co modne w tym miescie, lezy w dawnym Berlinie Wschodnim. Glówne arterie Srodka to ulice Oranienburger- i Rosenthalerstraße, od których odchodza rózne inne: Linien, August, Gips, Krausnick, Sophien, Hamburger i Tucholsky (patrz wyzej). Srodek byl przed wojna biedna dzielnica emigrantów zydowskich z terenów Rosji i Polski. Na Oranienburgerstrasse stoi wielka synagoga z pozlacana kopula i dwoma wiezami, która odnowiono dopiero niedawno. Zwiedzalam ja tuz po otwarciu Muru, wiosna 90 roku i bylo to niezwykle przezycie. W pustych wiezach hulal wiatr i mieszkaly nietoperze, a dziurawe deski w podlodze pozwalaly spojrzec piec pieter w dól. Synagoge zniszczono w czasie Nocy Krysztalowej w 1938 roku, a potem marniala przez pól wieku. Teraz miesci sie tu male Muzeum i Centrum Kultury Zydowskiej. A wokól mnóstwo zydowskich i pseudozydowskich knajpek, restauracji, sklepy z jedzeniem koszernym i judaikami oraz Gimnazjum Zydowskie (to jak najbardziej prawdziwe). Ale dzisiejszy Srodek to nie prawdziwa dzielnica zydowska, lecz próba rekonstrukcji tego, czego sie tak naprawde nie da zrekonstruowac. Dodajmy od razu, próba modna, bo kultura zydowska stala sie modna. Wszyscy, którzy moga, ale równiez ci, którzy doprawdy nie moga poczuwac sie do bycia Zydami, nie jedza wieprzowiny (co juz jest uwazane za szczyt koszernosci), sluchaja piosenek klezmerskich, nosza naszyjniki z gwiazda Dawida, a w eleganckim domu musi byc choc jedna menora i jeden swiecznik chanukowy, nie jako durnostojka, lecz koniecznie w ciaglym uzyciu.
Wiec tak naprawde sercem dzielnicy Mitte nie jest synagoga, lecz Tacheles i Hakesche Höfe. Hakesche Höfe czyli podwórka, u zbiegu Oranienburger- i Rosenthalerstrasse, to secesyjny, postmodernistycznie odnowiony kompleks polaczonych ze soba ogromnych budynków, pobudowanych wokól dziesieciu dziedzinców. Mieszcza sie tu kina, dwa teatry, butiki, fryzjer, drukarnia, antykwariat, wypozyczalnia rowerów i cale mnóstwo róznych lokali gastronomicznych. To absolutnie najmodniejsze miejsce w Berlinie (uwaga - drogo!) i wieczorem po podwórkach i okolicznych ulicach klebi sie zbity tlum mlodziezy, glównie zreszta przyjezdnej, wsród której od czasu do czasu przemyka jakas grupa ludzi z innej planety. To starsi panstwo, zagubieni i zdezorientowani, zwiedzaja to, co w ich przewodniku zostalo oznaczone siedmioma gwiazdkami i superlatywami.
Tacheles lezy dokladnie na drugim koncu Oranienburgerstrasse. Tacheles jest slowem zydowskim, a w jezyku berlinczyków "mówic tacheles" znaczy bez ogródek. To tez modne miejsce, ale zeby sie tak modnie wyrazic, modne inaczej. Stary secesyjny budynek, celowo pozostawiony w stanie na wpól ruiny, przyozdobiony graffitti, pelen jakichs pomalowanych na czarno nor, w których mieszcza sie kluby, galerie, kina, knajpy, teatr. Wszystko dla alternatywnych. Kilka lat temu Tacheles byl bezsprzecznie "tym" miejscem w Berlinie, które kazdy musial zwiedzic, teraz czasy sie zmienily, kulture alternatywna podkupila komercja, wiec ci prawdziwi, najprawdziwsi znawcy berlinskiej sceny i mody opuszczaja Srodek i przenosza sie do Friedrichshain. Ale na razie Mitte czyli Srodek wciaz jeszcze jest magnesem przyciagajacym wszystkich - i berlinczyków, i turystów.



WRZESIEN - MARATON
Lato bylo w kwietniu, a potem zaczela sie dluga, deszczowa jesien, z uporem nadal zwana latem przez meteorologów i prosty lud. Kiedys jednak zaczyna sie prawdziwa jesien, która w Berlinie rozpoznac mozna, bo nad miastem przelatuja niezliczone klucze dzikich gesi, a w miescie odbywa sie maraton. Maraton daje sie zreszta latwiej zaobserwowac niz ptaki. Maraton berlinski stal sie juz legendarny i nalezy do pieciu najslynniejszych ulicznych biegów swiata. Podczas berlinskich maratonów ustanowione zostaly trzy rekordy swiatowe, siedem najlepszych wyników roku, 28 rekordów krajowych. Znawcy przypisuja to swietnej trasie, która jest prosta i plaska (najwyzszy pagórek mierzy 55 m.n.p.m.) oraz znakomitej pogodzie, czy raczej temu, ze zazwyczaj jej nie ma. Ale dwa razy zdarzyly sie katastrofy, w roku 1984 lalo, a w cztery lata pózniej byla nie tylko ulewa, ale i porywista wichura. Byl tez taki rok, kiedy piekarnia o tydzien za wczesnie dostarczyla trzy tysiace bulek na sniadanie dla zawodników. Bulkami nakarmiono zwierzaki w Zoo. (No prosze, a zawsze sie pisze, zeby nie karmic zwierzat chlebem, bo im to szkodzi!)
W maratonie moze wziac udzial kazdy, kto ukonczyl 18 lat i jest zdrowy, a raczej zapewni organizatorów, ze jest zdrowy. Zaawansowany wiek i plec nie odgrywaja roli, ale biegnie znacznie wiecej mezczyzn niz kobiet. Biegaja równiez starsi panstwo, choc nie zawsze pokonuja cala trase i nie biegna w tempie rekordowym (trzy minuty na kilometr!). W maratonach specjalnych - wózki inwalidzkie, rolki, maraton szkolny - dopuszcza sie udzial równiez mlodszych. Niepokonany od wielu lat zwyciezca maratonów dla niepelnosprawnych, Szwajcar Franz Heinz, zaczynal jako czternastolatek.
Biegnie sie z chipem do mierzenia czasu, który (chip nie czas) trzeba sobie kupic (45 marek) lub wypozyczyc za takaz kaucja i oplata 5 marek. Do udzialu w biegu zglosic sie mozna pisemnie lub przez internet. Podaje te wiadomosc, majac nadzieje, ze czytelnikom starczy rozsadku i zanim zdecyduja sie na bieg, pójda do lekarza. Przy zgloszeniu trzeba od razu wniesc oplate (dla cudzoziemców do czerwca 2001 roku 80 marek, od czerwca do sierpnia - 100 marek, a we wrzesniu 120). Zgloszenie i oplate (czek) nalezy wyslac na adres: Sport-Club Charlottenburg e.V., BERLIN-MARATHON, Waldschulallee, 14055 Berlin. Lub prosciej: http://www.berlinmarathon.de. Zgloszenia przez internet oplaca sie podajac numer karty kredytowej.


MARATON 2000
Pierwszy byl trzydziestoletni Simon Biwott z Kenii. Biegl 2 godziny, 7 minut i 42 sekundy, a wiec ponizej 3 minut na kilometr i wygral 80 tysiecy marek.
W kategorii kobiet wygrala Japonka, Kazumi Matsuo. Jest o cztery lata mlodsza od Simona, biegla o 19 minut dluzej, a jej nagroda wyniosla 55 tysiecy.
Niemiecki minister spraw zagranicznych, Joschka Fischer zajal miejsce numer 8919. W kategorii mezczyzn po piecdziesiatce pan minister zajal miejsce 687, wygrywajac jednoczesnie "pojedynek slaw" z popularnym piosenkarzem Joeyem Kelly z Kelly Family.
Szwajcar Heinz Frei, inwalida na wózku, wygral juz po raz 13.
Skater Chad Hedrick z USA po raz 41.
42 kilometry 195 metrów.
Milion widzów.
40 000 uczestników z 85 krajów.
Budzet: 3,4 miliona marek.
Dwie osoby zmarly.
Taki jest bilans 27 maratonu berlinskiego, który odbyl sie w niedziele 10 wrzesnia i do popoludnia tego dnia wszyscy myslelismy, ze byl to najladniejszy z dotychczasowych biegów. Niestety po poludniu prasa podala do wiadomosci, ze szescdziesiecioletni Dunczyk i trzydziestoosmioletni Panamczyk nie wytrzymali morderczego wysilku.
Smierc nalezy do historii wszystkich biegów maratonskich, poczynajac od tego w roku 490 p.n.e. Goniec który przyniósl do Aten wiesc o zwyciestwie nad Persami zmarl z wyczerpania. I tak tez zmarli dwaj tegoroczni biegacze. Mlodszy dokladnie tak - dobiegl do mety, padl i juz go nie ocucono.
Juz trzeci raz umiera w Berlinie uczestnik maratonu i podobno w kazdym miescie, urzadzajacym wielkie biegi, zdarza sie, ze zawodnik umiera. Przy tej okazji przypomina sie tez, ze kazdy biegacz sam ponosi odpowiedzialnosc za swój udzial w biegu. I rzeczywiscie, formularz zgloszenia zawiera oswiadczenie uczestnika, ze poddal sie badaniom lekarskim i moze wziac udzial w biegu.
W tym roku w zadnej kategorii w pierwszej dziesiatce zwyciezców nie bylo Polaków. To dziwne, bo, jak niemal wszystko w Berlinie, tak i maraton ma swoje polskie elementy i to wcale niebagatelne. Boguslaw Psujek zwyciezyl w maratonie w roku 1986, przebiegajac tradycyjna trase w ciagu 2 godzin 11 sekund i jeszcze trzech dziesiatych, co bylo sportowo z jakichs powodów o te trzy dziesiate za duzo. Przez dziesiec lat ulubienica publicznosci byla Renata Kokowska - trzy razy zwyciezyla, (1988, 1991, 1993), cztery razy zajela drugie miejsce (1989, 1990, 1992, 1996) a w roku 1998 - trzecie. Prasa z zainteresowaniem odnotowywala, ze polska biegaczka coraz lepiej mówi po niemiecku.
Trasa prowadzi przez wszystkie glówne dzielnice miasta. Po drodze zorganizowano punkty z napojami i owocami, po 20 kilometrze, który wypada dokladnie na mojej ulicy, stoja tez masazysci i fizjoterapeuci, wzdluz ulic ustawiono 60 zespolów muzycznych (u mnie grala swietna kapela jazzowa). Bawia sie widzowie i uczestnicy, na ulicy Wild Eber, czyli przy dziku, tradycyjnie tanczy sie sambe, zawodnicy sa barwnie ubrani, czesto przebrani. Byl swiety Mikolaj i Vadder, i para skaterów przebrana za szkockie diabelki. "Biegla" tez jedna polska flaga i jeden chlopak od razu z dwiema flagami - polska i niemiecka, który niósl na barana lalke, ubrana w bialo-czerwony strój sportowy...


MOJE ULICE
W ciagu 15 lat zycia w Berlinie mieszkalam w 13 mieszkaniach, ale prosze sobie nie wyobrazac, ze koczowalam lub zylam na walizkach. To genius loci. Berlin jest miastem, w którym wszyscy sie przeprowadzaja. Kilkakrotnie zdarzylo mi sie mieszkac przy ulicach pisarzy, albo przynajmniej moglam przypuszczac, ze sa to ulice pisarzy. Pierwszy byl Becher. Jest az dwóch pisarzy niemieckich o tym nazwisku, ale Becher to po niemiecku puchar i byc moze byla to po prostu Pucharowa. Jednakze dla mnie byla to ulica Ulricha Bechera. Byl pisarzem zydowskim. Gdy Hitler doszedl do wladzy w roku 1933, mial 23 lata i wlasnie debiutowal. Jego ksiazka zostala spalona na stosie 11 maja tegoz roku, a sam Becher emigrowal do Wiednia i Szwajcarii, aby z falszywym paszportem uciec do Brazylii, gdzie mieszkal na farmie w dzungli i pisal sztuki teatralne. Po wojnie wrócil do Europy, ale nie do Niemiec i nadal pisal sztuki teatralne. Drugi Becher, znacznie mniej by mi sie podobal jako patron ulicy. Johannes Robert, o pokolenie starszy od Ulricha, byl zadeklarowanym komunista i zostal po wojnie enerdowskim ministrem kultury. Jego imie nosil Instytut Literacki w Lipsku, wyzsza szkola ksztalcaca narybek prawidlowej politycznie nowej literatury niemieckiej.
Nastepne mieszkanie bylo podwójnie pisarskie. Mieszkalam przy ulicy Willibalda Alexisa, która to ulica przechodzila na wskros przez Plac Adelberta von Chamisso. Obaj byli pisarzami. Chamisso byl Francuzem, urodzil sie w roku 1781 w Szampanii. Podczas rewolucji francuskiej rodzina salwowala sie ucieczka do Prus. Mlody Adelbert zostal najpierw paziem pruskiej królowej, a potem oficerem, biologiem, poeta i zeglarzem (w latach 1815-1818 odbyl rejs dookola swiata). Pisal romantyczne poezje i bajki, z których najslynniejsza jest historia "Szlemila" - czlowieka bez cienia. Jako biolog zajmowal sie badaniem stworzen morskich zwanych z grecka salpe czyli doslownie "ryba morska". Salpy naleza do rodziny plaszczowców, a plaszcze maja przezroczyste. Rozmnazaja sie dzieki niankom. Nanki to pokolenia bezplciowe, które wypuszczaja z siebie jakies sporyty czy cos w tym rodzaju i rodza pokolenie obdarzone plcia i tak w kólko, a wiedze o tym zawdzieczamy poecie! Nie zartuje, tyle o salpach znalazlam w encyklopedii, a nawet nie wiedzialam, ze istnieja, zwlaszcza ze autor slynnych jolek z "Gazety Wyborczej" jeszcze ich chyba nigdy nie umiescil w swej krzyzówce.
Willibald Alexis nazywal sie naprawde Wilhelm Häring i urodzil sie w roku 1798 we Wroclawiu i tez byl romantycznym poeta, pisarzem i wydawca, ale salp nie badal.
Potem byla Paulstrasse. Niestety dzis wiem, ze nazwa tej ulicy nie pochodzi od slynnego XVIII-wiecznego zlosliwca i geniusza niemieckiej literatury, Jeana Paula (to zreszta tez pseudonim), lecz jest to po prostu ulica Pawla, ale tuz przy moim domu byl park Ossietzky'ego, a Carl von Ossietzky na pewno byl czlowiekiem pióra. Byl to slynny przedwojenny publicysta, redaktor naczelny berlinskiej gazety "Weltbühne" (czyli "Scena swiata"). Byl pacyfista, a nie byla to w owym czasie ideologia zbyt popularna. W roku 1931 wytoczono mu proces o zdrade tajemnic wojskowych i zdrade stanu. Zostal skazany na 18 miesiecy wiezienia. W miedzyczasie Hitler objal wladze, prowokatorzy nazistowscy spalili Reichstag, o co oskarzono niejakiego Dimitroffa, a Ossietzky'ego zamknieto w obozie koncentracyjnym. W roku 1935 przyznano mu pokojowa nagrode Nobla, której nazisci nie pozwolili mu przyjac. Na skutek protestów swiatowej opinii publicznej Ossietzky zostal wypuszczony na wolnosc, ale, zmaltretowany i wycienczony, wkrótce potem, w roku 1938 zmarl w Berlinie.
Z Paulstrasse przeprowadzilam sie na Reuterstrasse. Madrale, które wszystko wiedza lepiej, sa zdania, ze nazwa ulicy pochodzi od agencji Reutera. Znawcy historii z kolei sadza, ze patronem ulicy jest Ernst Reuter, polityk, pierwszy powojenny burmistrz Berlina. To za jego kadencji, od czerwca 1948 do maja nastepnego roku Berlin Zachodni przezyl slynna sowiecka blokade. Ernst Reuter ma jednak plac w centrum miasta, tuz kolo Dworca Zoo, natomiast moja ulica nalezy, rzecz jasna, do pisarza. Fritz Reuter urodzil sie w roku 1810. Jako 23-letni chlopak za rozróby studenckie zostal skazany na kare... smierci, zamieniona potem na 30 lat wiezienia! Odsiedzial siedem lat. Byl rolnikiem i nauczycielem. Zaczal pisac jak Conrad, dopiero po czterdziestce. Napisal ogromna ilosc zaangazowanych spolecznie powiesci, opowiadan i sztuk teatralnych, niemal wszystkie w jezyku dolnoniemieckim czyli tzw. Plattdeutsch. Na skwerku na mojej ulicy wystawiono Reuterowi pomnik - kamienny cokól i dwie chude figurki z brazu. To Hanne Nüte i jego przyjaciólka, dla kreconych wlosów nazywana Pudelkiem, bohaterowie najpopularniejszej historii Reutera, co przypomina krakowskie pomniki ku czci Mickiewicza z Grazyna zamiast natchnionej postaci wieszcza.


PAZDZIERNIK: KONTEKST
Wiec tak... minal piatek, 13 pazdziernika. Wlasciwie nic specjalnego. W roku 1997 byl jeden taki dzien, w 98 - trzy, i nic strasznego sie nie przydarzylo. A trzynastka tak naprawde wcale nie jest pechowa i w starozytnosci byla magiczna liczba swietych bogin. Piatek z kolei jest dniem poswieconym bogini milosci, Frayi, która jest germanskim odpowiednikiem Wenus i Afrodyty. Wiec teoretycznie jest to, w pewnym kontekscie, dzien nadzwyczaj szczesliwy. A filozofia feministyczna dorzuci tu jeszcze kasliwie, ze to dopiero patriarchat, rozprawiajac sie z pozostalosciami kultu Wielkiej Bogini, obwolal trzynastke liczba pechowa. Jakby nie bylo, wielu ludzi dalo sie omamic patriarchom i nie rozpoczyna zadnego wielkiego zadania w piatek, ani nie nocuje w pokoju hotelowym numer trzynascie. I nie lubi piatku trzynastego. Ale piatek 13 pazdziernika 2000 roku byl jednak specjalny. Byla pelnia ksiezyca, to raz. Jowisz i Saturn znalazly sie w koniunkcji z ksiezycem, to dwa. A po trzecie o godzinie 00.01 wypuszczono na rynek czwarty tom "Harry Pottera". W duzych i malych ksiegarniach berlinskich zorganizowano z tej okazji specjalne imprezy, tak zwana "noc Harry Pottera". Bylo to nota bene podyktowane przepisami zwiazków zawodowych, okreslajacych, jak dlugo i w jakich godzinach moga byc otwarte sklepy. Noca sklepy nie pracuja i zeby rozpoczac sprzedaz "Pottera" dokladnie w godzinie duchów, dokladnie tej specjalnej nocy, trzeba bylo uciec sie do wybiegu, jakim jest zorganizowanie zamknietych imprez. Na imprezy wpuszczano wiec za biletami, których zabraklo. Przed ksiegarniami dzialy sie dantejskie sceny, wsciekli rodzice, zaplakana dziatwa, rozhukani przebierancy.
Cala akcje zapowiadano juz od dawna, umiejetnie stopniujac napiecie, do istnej goraczki zlota w te wlasnie noc. Fani, którzy nie mogli sie doczekac niemieckiego wydania najnowszej historii o sympatycznym uczniu czarnoksieznika, zaczeli ja w internecie sami tlumaczyc, co im jednak, z poduszczenia wydawnictwa, zostalo sadownie zakazane. Ze wydawnictwo nie popieralo takiej samorzutnej akcji mozna jeszcze zrozumiec. Na rynek wypuszczono jednorazowo milion egzemplarzy ksiazki i trzeba je bedzie sprzedac. Chociaz po prawdzie, zadne skladkowe tlumaczenie nie zastapi ksiazki i nie jest w stanie zmniejszyc popytu. Ale wydajacy wyrok sedziowie powolali sie nie na dobro wydawnictwa, tylko na autorke, która miala ponoc wyznac, ze ta inicjatywa "narusza jej osobiste interesy".
Tu juz mozna sie zaczac zastanawiac nad banalna prawda, ze "osobisty interes", gdy mozna go wymierzyc duza iloscia gotówki, bierze góre nad filozofia pisarza. Bo przeciez wszystkie historyjki o Harrym Potterze bazuja na jego szlachetnym charakterze. Harry Potter jest przyjacielski, dobry, nie daje sie ponosic ambicjom i na pewno nie jest zachlanny. Ani na wladze, ani na pieniadze. Pani Joanne K. Rowling, autorka ksiazki, byla samotnie wychowujaca dzieci odbiorczynia zasilku socjalnego, a pisac zaczela, zeby nie oszalec z braku perspektyw. W takim to slusznym moralnie i sprawiedliwym spolecznie kontekscie narodzila sie postac sympatycznego okularnika na miotle. Teraz autorka ma juz perspektywy i wtedy tez jej "osobisty interes" zaczyna sie pokrywac z polityka marketingowa wydawnictwa.
A skoro juz sobie tak w tym felietonie filozofuje na temat kontekstu, to podziele sie z Panstwem jeszcze jednym przemysleniem. Na zupelnie inny temat. Tak sie zdarzylo, ze kilka tygodni temu w tym samym czasie wpadly mi do reki dwie gazety, jedna berlinska, a jedna szczecinska, a w nich znalazlam dwie informacje. Na dokladnie ten sam temat. "Test haszyszu". I okazalo sie ze zestaw dwóch wyrazów wlasciwie niemal miedzynarodowych, a mianowicie slowa "test" i slowa "haszysz", w dwóch miastach, odleglych od siebie o dwie godziny jazdy pociagiem oznacza cos diametralnie róznego. W Berlinie byla to informacja, o wynikach testu, oceniajacego, gdzie mozna legalnie kupic konopie i produkty konopne, jako to sznurki, papier, tkaniny, worki, sukienki, kalendarze, nasiona i liscie, i jaka jest jakosc tych produktów. W Szczecinie natomiast oznacza to, ze rodzice moga w kiosku ruchu kupic testownik, pozwalajacy sprawdzic, czy ich latorosl pali haszysz. Co kraj to obyczaj, a jak sie okazuje, nie wystarczy wiedziec, co znaczy jakis wyraz, zeby móc sobie przetlumaczyc sens najprostszego nawet sformulowania. Wazny jest kontekst.


SWINKI JESIENIA
Jesien jest jedyna godna uwagi pora roku w Berlinie. W sloneczne dni niebo jest blekitne jak w Grecji, w niepogode - pelne ekspresyjnych chmur, a zachody slonca sa jak z wiersza Tuwima. Kolory sa czyste, rzecz rzadka w duzym miescie, ale Berlin ma dobre powietrze, które ponoc zaostrza ciety humorek do mocy siekiery. Ulubiony zarcik berlinski brzmi: jaka jest róznica miedzy dowcipnym wdziekiem Berlina i Wiednia? Otóz wdziek berlinski zabija na miejscu. W sklepach z kiczem turystycznym mozna kupic puszki z berlinskim powietrzem, wiec jak kto chce, to moze spróbowac.
Na przelomie pazdziernika i listopada Berlin po prostu kipi od kolorów i, jezeli chodzi o atmosfere, chyba rzeczywiscie moze konkurowac nawet z Paryzem. A najwspanialszym drzewem, które jesienia wyglada jak ogromny zlocisty plomien, jest milorzab japonski czyli ginkgo biloba. To niezwykle drzewo jest zyjaca skamielina, forma przejsciowa miedzy drzewami nagozalazkowymi czyli iglastymi, a okrytozalazkowymi czyli lisciastymi. Milorzab ma juz liscie, ale pozbawione jeszcze nerwów i blaszki lisciowej, które sprawiaja wrazenie, jakby byly posklejane z licznych, delikatnych igiel. Botanicy nazwali liscie milorzebu biloba - dwuklapowe, ale wydaje mi sie, ze polska nazwa lepiej oddaje sercowaty ksztalt lisci. Milo-rzab. Jarzab milosny. I rzeczywiscie milorzab jest obdarzony swoistym zyciem uczuciowym, jest bowiem dwuplciowy - istnieja drzewa-kobiety i drzewa-mezczyzni, przy czym drzewa zenskie, a wlasciwie ich pseudoowoce - nasiona okryte tak zwanym igumentem - brzydko pachna. A nawet, powiedzialabym, pachna bardzo brzydko. A tak naprawde - cuchna. Jednakze Chinczycy i Japonczycy uwazaja prazone nasiona milorzebu za pyszny smakolyk, przyrzadzany tradycyjnie na uczty weselne.
Milorzab jest roslina lecznicza, stosowana dla poprawienia krazenia krwi i ukrwienia mózgu, a preparaty z milorzebu zapobiegaja sklerozie, chorobie Alzheimera i... zapominalstwu. W berlinskich sklepach ze zdrowa zywnoscia, tzw. Reformhaus, mozna kupic herbate z milorzebu, która bardzo polecam - ma piekny bladoseledynowy kolor i jest wlasciwie bez smaku, co jest ogromna zaleta, bo niektóre, skadinad zdrowe napary, sa paskudne i nie daja sie pic. Milorzab pojawil sie w trzeciorzedzie czyli istnieje juz 250 milionów lat, a wedlug innych danych nawet 500 milionów. Dla porównania - dinozaury zyly przed 60 milionami lat, a czlowiek pojawil sie, wedle najbardziej odwaznych rachub, przed 5 milionami, a tak na pewno to przed 2,5 milionami lat. W trzeciorzedzie milorzab porastal wszystkie kontynenty. Gdy w czwartorzedzie nastapilo gwaltowne oziebienie, wyginal wszedzie, oprócz pojedynczych enklaw w Chinach i Japonii, gdzie - juz w czasach historycznych - zostal uznany za swiete drzewo. Do dzis mozna go znalezc w wielu ogrodach swiatynnych i twierdzi sie, ze przetrwal do naszych czasów tylko dzieki kultowi. Pojedyncze egzemplarze milorzebu zyja do tysiaca lat. Do Europy sprowadzono go w XVIII wieku. Milorzab jest odporny na choroby, zarazki i zanieczyszczenia powietrza, a nawet na promieniowanie atomowe. W Hiroszimie wielkie, stare drzewo, które roslo w samym centrum miasta, tam gdzie spadla bomba, juz w nastepnym roku wypuscilo swieze pedy. Poniekad to wlasnie odpornosc milorzebu wplywa na jego coraz bardziej rosnaca popularnosc w duzych miastach Europy. W Berlinie drzewo to jest w modzie od co najmniej dwudziestu lat, a wspaniale jego egzemplarze znalezc mozna na glównych ulicach miasta, w jego zachodniej czesci na Kurfürstendamm, na Bundesallee, cala aleje 25 drzew na Berlinerstrasse w dzielnicy Reinickendorf i gaj w okolicy Reichstagu, a w czesci wschodniej na podwórzu Uniwersytetu Humboldta, na slynnej Unter den Linden. Zainteresowani moga równiez pojechac na stacje kolejki miejskiej Savigny Platz, w latach 80. ozdobiona plaskorzezbami, freskami i reliefami na temat "Drzewa swiata", glównie milorzebu.
Johann Wolfgang von Goethe, zalecajac sie do mlodej i pieknej kobiety (mlodszej o prawie 50 lat) napisal slynny wiersz o milorzebie. W secesji milorzab byl czestym motywem bizuterii i ornamentyki. Dzis, gdy milorzab stal sie naprawde modny, mozna kupic nie tylko papier listowy z motywami milorzebu, ale równiez krzesla, talerze, zaslony, wachlarze, szlafroki, mydla, szampony, a nawet damskie podpaski. Sic transit gloria mundi...
A na zakonczenie obiecane w tytule swinki. Sa karlowate, osiagaja wielkosc do 50 cm i hoduje sie je w domu, oraz w specjalnej uprzezy wyprowadza na smyczy na spacer. Ostatnio w pobliskim parku pewna swinka zerwala sie ze smyczy i uciekla, po czym przez dwa tygodnie policja i okoliczni mieszkancy gonili swiniaka po calym wielkim parku.


LISTOPAD: ZEBY CIE LEPIEJ ZJESC...
Polaków jest w Berlinie podobno sto tysiecy. "Podobno", bo tak naprawde to nikt nie wie. Wielu z nich nigdy nie pojawi sie w niemieckich statystykach, bo przyjechali z Polski jako przesiedlency niemieccy. Sa zazwyczaj istotami o dwu paszportach, co wynika z pewnych skomplikowanych zalozen wewnetrznej polityki niemieckiej. Uwaza sie, ze do przyjecia paszportów obcych, polskich, czeskich, rosyjskich, zmusila ich polityka, wiec nie moga sie dobrowolnie zrzekac obywatelstwa, którego wszak nie przyjeli dobrowolnie, a zatem sa Niemcami, a poniewaz formalnie pozostaja na przyklad równiez Polakami, pojawia sie zatem w statystykach polskich. Kim sa naprawde? Odpowiedz jest trudna. Na pewno duza czesc rodzin niemieckich z Polski z radoscia przyjela mozliwosc powrotu do rodzimej kultury, jezyka i obyczajów. Zwlaszcza rodziny ze Slaska, gdzie przez ponad 40 lat nie wolno bylo ani mówic po niemiecku, ani uczyc sie w szkole tego jezyka, w naturalny sposób strzasnely z siebie nalot PRL-u i powrócily do swych niemieckich korzeni. Jednakze duza grupa rodzin jest calkowicie spolonizowana. Skorzystaly wprawdzie z formalnych mozliwosci zamieszkania w Berlinie z legalnymi papierami niemieckimi, ale nadal zyja w kregu oddzialywania kultury polskiej. W domu mówi sie po polsku, czyta polskie ksiazki, oglada TV Polonia, dzieci chodza na popoludniowe zajecia do polskich osrodków szkolnych. W niedziele polski kosciól peka w szwach, rzecz unikalna w protestanckim Berlinie i zapewne budzaca zazdrosc innych parafii katolickich, gdzie wiernych jest malo i z roku na rok coraz mniej.
W kazdym razie o tym, ze w Berlinie mieszka sto tysiecy Polaków poinformowala po pazdziernikowych wyborach Ambasada Polska. Polacy sa po Turkach i mieszkancach bylej Jugoslawii trzecia wielka grupa cudzoziemska w Berlinie. Prawie codziennie odbywa sie w Berlinie jakas impreza o polskim charakterze - teatr, koncert, wieczór autorski, wystawa, spotkanie dyskusyjne. Jest duszpasterstwo katolickie i polskie msze w kilku innych kosciolach berlinskich. Jest polska gazeta, radio po polsku i TV Polonia przez 24 godziny na dobe. Jest Ambasada Polska i Polski Instytut Kultury, kilkadziesiat organizacji polskich i polsko-niemieckich, wiec wlasciwie jest bardzo dobrze i moze rzeczywiscie jest bardzo dobrze, ale jakos dziwnie jest równiez zle. A jezeli nie zle to nijako i bylejak. Polonia berlinska, moze wlasnie przez fakt owego rozbicia, na jej czesc "lepsza" (te z niemieckimi paszportami) i gorsza, jest niespójna, niesolidarna, podzielona na frakcje, szarpiace sie zawziecie i donoszace na siebie. Na pocieszenie mozna tylko przypomniec, ze za czasów Mickiewicza w Paryzu tez tak bylo.
Ale, i to chyba jest najsmutniejsze, Polonia nie ma zadnego specjalnego charakteru, niczym sie nie wyróznia, a jezeli juz, to raczej zle niz dobrze. Jedyny czas, kiedy o Polakach bylo glosno, to lata przelomu, rok 1989 - 90, kiedy ni stad ni zowad na pare miesiecy w Berlinie zakwitl polski handel - polski targ i kolejki przed Aldim. O Polakach, wie sie, ze szmugluja papierosy, kradna auta i pracuja "na czarno" czyli nielegalnie. Generalnie jednak nie odciskamy pietna na ulicach Berlina. Turków widac wszedzie. Oczywiscie, widac ich dlatego, ze sa charakterystyczni - wasaci czarnowlosi mezczyzni i zakutane w chusty kobiety, ale widac tez tureckie sklepy z owocami i jarzynami oraz budy, w których mozna zjesc kebab, co jest podstawowym jadlem berlinskich singli i obowiazkiem kazdego turysty, odwiedzajacego Berlin.
Berlin jest jak Manhattan. Tu sie zyje samotnie i robi kariere, a nie traci czas na gotowanie. W Berlinie malo kto gotuje, w kuchni przecietnego berlinczyka czesto w ogóle nie ma garnków, a w lodówce jest zazwyczaj tylko jogurt i paczkowany sos pomidorowy. Jedzenie, które mozna zjesc w przelocie lub na ulicy jest w Berlinie najbardziej typowym sposobem odzywiania sie i tak wlasnie dociera sie do serc berlinczyków. Turecki kebab, wloska pizza i spagetti staly sie potrawami narodowymi, prawie wszedzie mozna dostac arabski falafel, obecnie podbily Berlin bagielki (begel) czyli zydowskie precelki, w czasie wojny wywiezione przez uciekinierów do USA i reimportowane jako typowe pieczywo amerykanskie. Wieczorem po pracy idzie sie cos zjesc do Chinczyka i Greka lub - snobistycznie - na japonskie sushi. Polskich knajp i knajpek jest w Berlinie zaledwie kilka, w kazdym razie mniej niz palców. Jedna nazywa sie "Bistro Koch", wiec nikt nie wie, ze jej specjalnoscia sa swojskie pierogi (bardzo smaczne!), a dwie sa pewnym nieporozumieniem stylistyczno-ogólnym, prowadza mianowicie kuchnie nie tyle polska, ile slaska. Slaskie pyzy, kluski i miesiwa podaje sie na wyszukanej porcelanie, w blasku swiec w srebrnych swiecznikach stylizowanych na Ksiestwo Warszawskie, w ubikacji do siusiania cichutko pobrzmiewa Szopen i tak tez sie obie restauracje nazywaje: "Chopin" i "Polonez". Jako zywo, przedziwny melanz, gdzie na szczescie jada sie wprawdzie drogo, ale smacznie. Generalnie jednak nie wprowadzilismy do miedzynarodowej w charakterze gastronomii berlinskiej zadnych polskich smakolyków. A gdzie, pytam wielkim glosem, bigos? A gdzie pierogi?
Osmiele sie zatem postawic drastyczna teze. Otóz póki nie bedzie nas mozna zjesc na ulicy, nie bedziemy w tym miescie tak naprawde istniec.


GRUDZIEN: RELIGIE WSZYSTKICH KRAJÓW LACZCIE...
Wiec jest tak. Na dworze panuje nieustanna wiosna, jest cieplo, kolorowo, na balkonach i w ogródkach kwitna kwiaty, z drzew wciaz jeszcze nie opadly liscie, a tu tymczasem nadchodzi Boze Narodzenie, wiec tradycja i komercja wspólnie gromkim glosem twierdza, ze jest zima. No i wszyscy udajemy, ze jest, hu hu ha zima zla i dekorujemy miasto i domy. W dzien staramy sie nie zauwazac sztucznego sniegu, po ciemku nie widac kwiatów i latwiej pogodzic sie z dominacja kiczowatego stylu bozonarodzeniowo-adwentowego w swiecie bez zimy.
Adwent to w Niemczech powazna sprawa, choc naprawde wcale nie powazna ani nie tak surowa jak polski post i nakaz, by "zabaw hucznych nie urzadzac". W Niemczech przeciwnie, juz 11.11 o godzinie 11.11 rozpoczyna sie karnawal, co nas zreszta w Berlinie niezbyt wzrusza, bo karnawal to specjalnosc nadrenska i obchodzi sie go najhuczniej na tych terenach, do których przed dwoma tysiacami lat dotarli Rzymianie. Czyli za limesem. Nawet termin sie w przyblizeniu zgadza - niemiecki karnawal to odpowiednik rzymskich Saturnaliów. Jego kulminacja jest zreszta, jak pan Bóg przykazal, ostatni tydzien przed wielkim postem i wtedy nawet w Berlinie pojawia sie na ulicach przebierancy. I nie tylko na ulicach, bo kiedys zdarzylo mi sie, ze dentysta ze kuflonowatym sztucznym nosem w ostatki wyrywal mi zeba. Ale do Wielkiego Postu i prawdziwego karnawalu jeszcze daleko. Tymczasem minal juz 12 listopada, dzien swietego Marcina, kiedy po ulicach wedrowaly pochody dzieci z lampionami i 15 listopada, kiedy z Francji do wszystkich miast Europy wyruszyly ciezarówki z mlodym bialym winem Bejaoules. Smakosze urzadzaja wtedy przyjecia z ciastem cebulowym, plackami lotarynskimi i oczywiscie winem.
25 listopada Niemiecki Komitet Naukowy Islamu do Spraw Nowiu Ksiezyca, w skrócie DIWAN, podal do wiadomosci, ze zgodnie z obliczeniami i odnosnymi regulami nie mialo miejsca zadne zoczenie ksiezyca czyli nów zostal dopelniony, a zatem dzien 27 listopada 2000 jest oficjalnie pierwszym dniem tegorocznego Ramadanu. Profesor doktor Mohammad Hawari, przewodniczacy DIWANu i doktor Nadeem Elyas, wiceprzewodniczacy zlozyli wszystkim niemieckim muzulmanom zyczenia i poblogoslawili ich wysilki. A jest czego, bo Ramadan to trudny czas. Jest to swieto ruchome, trwa cztery tygodnie i przez caly ten czas nie wolno jesc, pic ani palic od wschodu do zachodu slonca. Z jednej strony mozna powiedziec, ze rok, w którym Ramadan wypada w grudniu jest korzystny. Slonce wschodzi pózno, zachodzi wczesnie, czas surowego postu jest w grudniu w Berlinie znacznie krótszy niz w Turcji w lipcu. Ale przeciez, nawet tak wiosenny grudzien jak w tym roku, jest dla muzulmanina zimny, ponury i mroczny. Po ulicach w mojej dzielnicy snuja sie grupy zdenerwowanych mezczyzn, którym najbardziej pewnie dokucza brak papierosa, albo wyrzuty sumienia, jesli ukradkiem zapalili. Za to wieczorami ze wszystkich okolicznych podwórek dobiega wrzawa ustawicznego swieta, jakim jest dla poboznego wyznawcy Mahometa codzienny cud zachodu slonca podczas Ramadanu. Zanim za trzy tygodnie Ramadan zakonczy sie wesolym Cukar-Bajram czyli swietem cukierków, bedziemy jeszcze przez osiem dni swietowac zydowska chanuke, która jest swietem swiatla i podarunków.
Trwa wiec Ramadan, minal zapozyczony z Ameryki Halloween i wreszcie w tej miedzynarodowej mieszaninie swiat i obrzedów zaczal sie adwent. Czyli swiatla. Okna i balkony obwieszone sa sznurami kolorowych swiatelek. Na ulicach stoja ustrojone lampkami choinki. W domu pali sie swieczki, umocowane w wiankach z choiny, szyszek, orzechów i plastrów suszonych owoców. Jest ich cztery, po jednej na kazdy tydzien. W pierwsza niedziele zapala sie jedna swieczke, w druga dwie i tak dalej. Czasem swiatelka ustawia sie w domkach z piernika. Takich jak ten, który chcieli zjesc Jas i Malgosia. Domki mozna kupic, ale mozna tez upiec samemu. W ogóle pieczenie jest nastepna po swiatlach specjalnoscia adwentu. Mamy, dzieci, a nawet mlodzi ludzie plci obojga pieka rozliczne adwentowe herbatniki. Powinny byc róznorodne, kolorowo ozdobione i trwale, podobnie jak torunskie pierniczki, bo upieczone w poczatku adwentu, musza dotrwac az do swiat. Nie wiem, jak niemieckie panie domu to robia i ile tych ciasteczek pieka, wiem, ze porcja, która ja upieklam wczoraj, juz jest na wykonczeniu. I nie starczy jej nawet do pojutrza, a co dopiero na cztery tygodnie.
A jesli ktos pozada jeszcze jakichs swiat, zanim na dobre zacznie sie Boze Narodzenie, to informuje, ze 13 grudnia w zachwycajacym budynku ambasad skandynawskich - szklo, drewno, kamien i woda buduja dom-mape Skandynawii - odbedzie sie kolejne swieto swiatel - skandynawska Santa Lucia.
To bardzo zabawne tak miedzynarodowo swietowac.
Wszystkiego najlepszego.